Ważne
Archiwum zostało spisane w latach 2003 - 2006
Archiwum
| Praca i polityka |
|
W 1976r. ukończyłem studia i pracę rozpocząłem w Bobowej. Miałem stały kontakt z kolegami w Krakowie. Do kręgu znajomych należał także Stanisław Pyjas i Stanisław Pietruszko z UJ. Wydarzenia w Radomiu i Ursusie są wszystkim znane. Na wskutek prześladowań robotników powstał KOR. Rozpoczęto przygotowania do uruchomienia biura koordynacyjnego w Krakowie. Na początku maja 1977 r przyjechałem do Krakowa. Przechodzę przez rynek w kierunku ul. Św Anny, bo tam był nasz dziekanat. Z Sukiennic wyłonił się kolega, St. Pietraszko, niesamowicie przygnębiony, zdruzgotany i głosem pełnym żalu pyta, "byleś na pogrzebie?" , na jakim pogrzebie, pytam, a ten z ogromnym wyrzutem do mnie, "to ty nie byłeś na pogrzebie ?!!" Tłumacze, że nie wiem o co chodzi. Od kilku dni nie słuchałem RWE. Wtedy Staszek informuje mnie , że St. Pyjas został zamordowany przez SB i wczoraj odbył się jego pogrzeb. Trudno opisać, co się czuje w takiej chwili: złość, uczucie bezradności, niedowierzanie, poczucie osamotnienia człowieka żyjącego w nieludzkim systemie totalitarnym. Niepokorny? Inaczej myśli? – zabić! Fizyczna likwidacja przeciwnika politycznego towarzyszy wszystkim ustrojom totalitarnym, dlaczego ten ma być inny? Zaprowadził mnie na miejsce zbrodni, pokazał w jakiej pozycji leżał Staszek zrzucony ze schodów. Idziemy lewym chodnikiem ul Św. Anny od strony rynku w kierunku plantów. Szliśmy lewym chodnikiem, ja szedłem od strony muru, Staszek od strony ulicy. Nagle pokazuje mi faceta na chodniku po przeciwnej stronie chwyta mnie za ramie i krzyczy na cały głos, widzisz tę mordę !!, zapamiętaj sobie tego mordercę na całe życie !!, żebyś nigdy nie zapomniał tej mordy!!. Zdezorientowany, pytam kogo (na chodniku było kilka osób), ale w tym momencie z chodnika w naszą stronę podchodzi taki facet krótko golony, w golfie i się odgraża. Usiedliśmy na plantach i tam Staszek opowiedział mi o tym, że Pyjas rozpracował agenta SB w akademiku i z tym się zdradził. Być może to był jeden z powodów. (po latach wiem, że chodziło tu o agenta o pseudonimie "Ketman", obecnie redaktor w Gazecie Wyborczej). Wydarzenie to jeszcze bardziej umocniło mój stosunek do rzeczywistości, zdecydowanie antykomunistyczny. Do pracy dojeżdżałem autobusem 12 km z domu rodzinnego. Jednego ranka wsiadam i jest wolne miejsce, zaraz za kierowcą. Jelcz miał w tym miejscu siedzenia zwrócone do siebie tak, ze osoby siedzące były zwrócone do siebie twarzami. Naprzeciwko siedzi dwóch mężczyzn i rozmawiają, a równocześnie mnie wciągają do rozmowy. W pewnym momencie jeden stwierdza, iż słyszał rano przez radio, że przywieźli do Polski statek pszenicy z ZSRR. Nic nie myśląc odpowiedziałem: „co pan słucha tych bredni, przyszła pszenica z Kanady, postoi w porcie i odpłynie do Tallina". W autobusie zapanowała cisza, rozmówca pobladł, a ja zorientowałem się, że nie jestem w Krakowie, gdzie ludzie dosyć otwarcie wypowiadali swoje poglądy, ale na prowincji, w otoczeniu ludzi, którzy się dobrze znają. Na dodatek ten rozmówca był sekretarzem partii, a ja go nie znałem. Poza częstszymi kontrolami mojego gabinetu, jakiś szczególnych rewolucji wówczas nie odczuwałem. Po roku pracy w 1977r. przeniosłem się do Wiejskiego Ośrodka Zdrowia, który podlegał pod ZOZ Brzozów. Byłem jedynym stomatologiem na terenie gminy. W miejscowości tej nie było drogi asfaltowej i autobus nie zawsze dojechał, tak, że czasem trzeba było iść około 5 km na nogach. W zimie miejscowość często była odcięta od świata. Ponieważ nie było tam na stałe lekarza ogólnego, pełniłem obowiązki kierownika. W tym czasie zakup samochodu był rzeczą niezwykłą. Kupiłem starego „Moskwicza 412”, który miał całkowicie zniszczony lewy błotnik, tak, że była duża dziura. Nakleiłem na nie dwie pary starych nogawek od spodni, pomalowałem farbą i tak jeździłem ok. 1 roku, aż udało mi się „załatwić” nowy błotnik. Był sierpień 1977r. Słucham RWE i słyszę, że z Soliny wyłowiono zwłoki studenta z Krakowa, Stanisława Pietruszko (ten, który pokazywał mi jaszcze3 miesiące temu zbrodniarza). Zdrętwiałem. Znowu na pewno go zabili, jak Pyjasa. Zacząłem robić rozeznanie, wśród lekarzy pracujących na tamtym terenie, czy miał wodę w płucach, co jest pierwszą oznaką czy ktoś utonął, czy został zabity i wrzucony do wody. Jednego dnia usiadł na fotelu w gabinecie jakiś mężczyzna, w każdym razie nie z terenu, który obsługiwałem i zaczął skarżyć się na zęba, który był całkiem zdrowy. Mówię, że ząb jest zdrowy. "Pan" zszedł z fotela i pyta „ma pan rodzinę” – mam – odpowiedziałem. To co pana interesuje, czy Pietruszko utonął, czy został zabity i wyszedł? Stałem jakiś czas w osłupieniu. Miejscowość ta, w której mieszkałem była naszpikowana ormowcami, agentami, ale byli tez ludzie, którzy myśleli inaczej i mieli swój stosunek do rzeczywistości. W tej miejscowości przed moim przyjazdem zabrano księdzu klucze od kościoła i znieważono go przy tym potwornie. Publicznie piętnowałem taką postawę, przez co od razu wśród „prawomyślnych” obywateli miałem wrogów, a zwłaszcza tych, co brali udział w tym sterowanym przez SB zdarzeniu. Z „nowym proboszczem”, który przybył nieco wcześniej do tej parafii przede mną szybko zaznajomiliśmy się. Często wieczory przesiadywaliśmy przy RWE i delektowaliśmy się politykowaniem. W gabinecie podczas rozmów z pacjentami nie kryłem swoich poglądów i starałem się ich przekonywać do moich, gdy były odmienne. W maju 1978r. zostałem wezwany do dyrekcji ZOZ w Brzozowie. Wszedłem do gabinetu dyrektora naczelnego. W gabinecie pod ścianą stała wersalka przed nią ława, a naprzeciwko dwa fotele. Dyrektor Zbigniew K. wskazał mi miejsce na wersalce, abym usiadł, a on usiadł na fotelu naprzeciw mnie. Mówi: „proszę pana, była u mnie Służba Bezpieczeństwa z Krosna i poinformowali mnie, że jest pan na liście sił antysocjalistycznych. Jeżeli mi każą, to ja pana zwolnię, dostanie pan wilczy bilet i zostanie pan bez pracy”. Przyznaję, że gdy to mówił, przeszedł mi dreszcz po plecach, ale z drugiej strony miałem zawsze wrodzone zdolności do ripostowania. Powstała więc taka sytuacja, że gdy On kończył swoja kwestię, ja wręcz wszedłem mu w słowo i odpowiedziałem: „Panie dyrektorze, zrobi mi Pan tylko przysługę, bo wówczas nie będę miał innego wyjścia, tylko wiać z tego obozu do wolnego świata i zacznę żyć, jak wolny człowiek”. Jest takie powiedzenie, ze ktoś „zbaraniał”, lub inne, "wbiło go w fotel". Tak mniej więcej zachował się dyrektor. Po chwili milczenia stwierdził: „wie pan, mnie też nie wszystko się podoba”. Panie dyrektorze mówię: nie drukuję ulotek, nie organizuję wieców, ale też nie będę ukrywał swoich poglądów i będę mówił to co myślę”. Wybór należy do pana i tak rozstaliśmy się. Dziennika TV nigdy nie słuchałem. Zawsze miałem włączony TV, ale całkowicie ściszony i podkręcałem głos tylko wtedy, jak był sport i pogoda. W tym czasie miałem włączone dwa radia; ruską „spidolę” sześć zakresów fal krótkich i drugie polskie radio, także z dużą ilością zakresów. Ustawiłem w dwóch różnych miejscach stacje RWE i jedno było całkiem ściszone, a drugie odbierało. Jeżeli zagłuszarka pracowała mocniej w tym zakresie, to ja tylko to ściszałem, a drugie podkręcałem i tak nie straciłem sensu przekazywanych informacji. Zagłuszarki nie potrafiły wszystkich zakresów zagłuszyć jednocześnie. Przyszło pamiętne Konklawe. Jeszcze do południa dyskutowaliśmy, kto może zostać Papieżem, nie ukrywam, że mieliśmy „pobożne życzenia”. W tym dniu miałem wyjątkowo dużo pacjentów zarejestrowanych w Ośrodku Zdrowia jak i w prywatnym gabinecie. Zmęczony siedziałem w fotelu. TV był włączony, ale jak zwykle bez głosu i piłem herbatę. Nie chciało mi się nawet słuchać RWE. Całkowicie zapomniałem o Konklawe. O czymś myślałem i bezwiednie popatrzyłem na obraz jaki pokazał się w TV. Widzę dach z kominem i komentuję w myślach bezwiednie „znowu tow. Gierek odwiedzał klasę robotniczą i pewno z tej okazji zraszali dachy, rozmyślam z pogardą”. Po chwili patrzy na mnie twarz Kardynała Karola Wojtyły. Skąd oni mają jego zdjęcie, rozmyślałem, a po chwili sam siebie krytykuję, idioto, SB by nie miało? Nagle oprzytomniałem. Rany Boskie! Przecież jest „Konklawe”. Włączam szybko radio, a tam „leci” Jego życiorys. Nie wiele myśląc, chwyciłem klucze od samochodu z zamiarem pojechania do proboszcza, otworzyłem drzwi, a za mini stoi już sam proboszcz z rozwartymi ramionami i krzyczy: „Habemus Papam”. Radości nie było końca. Przesiedzieliśmy do rana, rozważając, jakie będą tego następstwa, bo być muszą! Pierwsze pielgrzymki Ojca świętego do Ojczyzny, jego radosne oblicze, tłumy i sławne zawołanie „Niech wstąpi Duch Twój ...... „ to zdarzenia, które wyryły się w pamięci każdego. Naród Polski zaczął swoją postawą pokazywać jakie wartości są jego, za czym się opowiada. Prymas St. Wyszyński nazwany przez Jana Pawła II „Prymasem Tysiąclecia”, to wybitny mąż stanu, który miał jasno wyznaczoną granicę kompromisu wobec totalitarnego systemu (Jego stwierdzenie "non possumus" było jednoznaczne) i sam system chyba po pewnym czasie z tym się pogodził. Jego znakomity opis obrazu z okna w zapiskach więziennych, niesamowicie przemawiał do wyobraźni. Cytuje fragment: „Na wysokiej jodle usiadła wrona i głośno zakrakała .... zapewne zdawało się zjawie, że wszystko co pod nią, jej zawdzięcza .... był las nie było was, nie będzie was, będzie las. Bajka, nie bajka”. Nadszedł 1980r. Powstanie „Solidarności”. Rewolucyjna atmosfera ogarnęła cały kraj. Uczucie radości i swobody. A jednak doczekaliśmy się. Komuna musi upaść. W ZOZ w Brzozowie zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie z zamiarem założenia Komisji Zakładowej „Solidarność”. Sam nie chciałem bezpośrednio włączyć się w jej skład, ponieważ była obawa, że jako siła antysocjalistyczna, mogę dać władzy pretekst do konfliktu ze związkiem. Byłem tylko współorganizatorem, a potem zwykłym członkiem „S”, która w Brzozowie powstała chyba gdzieś pod koniec września 1980r. Odnowiłem kontakty z kolegami w Krakowie, a także w Warszawie. Największy sukces „Solidarności” moim zdaniem, to złamanie monopolu informacyjnego. TV kłamie, prasa kłamie i kłamstwa wyszły na jaw. I Zjazd „Solidarności” i uchwała, która mnie nieco zdziwiła i zaniepokoiła, brzmiała: „Solidarność jest w stanie lepiej zabezpieczyć interesy ZSRR, niż skompromitowana PZPR”. W interesie ZSRR nie jest przecież Wolna Polska, demokracja, wolność obywateli itd. Jeżeli będą zabezpieczać interesy ZSRR, to gdzie miejsce na nasze polskie interesy. Zwaliłem to tymczasem na swego rodzaju pospolitość ruszenia i podejmowanie uchwał bez należytego rozważenia. Druga rzecz, to hasło: „Socjalizm tak, wypaczenia nie”, „Socjalizm z ludzką twarzą”. Jaki socjalizm ?, system ?, czy tez nurt społeczno – polityczny?. Jeżeli system, no to go właśnie mamy. Jeżeli nurt społeczno – polityczny, to który? Ten laicki, niewiele odbiegający od komunizmu, czy ten polski, o podłożu chrześcijańskim, propagowany przez Adama Mickiewicza, Józefa Piłsudskiego, czy też Kazimierza Pużaka! Autorami tych uchwał, jak się później okazało byli członkowie późniejszej tzw. „lojalnej opozycji”. W obrębie tego zjazdu zaczęły się głębokie podziały w przed sierpniowej opozycji, które jak się później okaże, będą miały fatalne następstwa. Jeżeli wróg jest zwarty, to druga strona nie może ulegać waśniom i rozbiciu, dla partykularnych interesów. (Nie wiedziałem wtedy, że były to efekty działań tajnych służb). Już na początku 1981r. mówi się o poważnej chorobie Prymasa Polski. On jest teraz Polsce bardzo potrzebny. 13 maja i dramat na Placu św. Piotra w Rzymie, zawodowy morderca nie trafił z paru metrów! Z pełnego magazynka. Godziny i dni napięcia. Kto stał za zbrodnią? Odpowiedź nasuwa się sama. Kolejna wiadomość. Umiera Prymas Polski Kardynał St. Wyszyński. Ojciec św. leży w szpitalu. Czy ten 1981r. przestanie wreszcie być pechowy? 13 grudnia 1981r. i stan wojenny. A więc jednak nie ma kompromisów z komunistami. Porozumienia z sierpnia 80r. tylko taktyka gry na zwłokę i przygotowanie politycznego świata do pogodzenia się z tą decyzją. Przypomniało mi się stwierdzenie Kazimierza Pużaka; przewodniczącego PPS przed wojną, PPS WRN w czasie okupacji i Przewodniczącego Polskiego Państwa Podziemnego składającego się z czterech stronnictw politycznych podczas okupacji. Po procesie 16-tu w Moskwie napisał, " komuniści nie uznają kompromisów, uznają kapitulację na łaskę i niełaskę i nie tylko polskie partie, ale cały Naród i wszystkie państwa będą płacić za naiwną wiarę w zobowiązania choćby nawet pisemne komunistów". Widział na żywo do czego zdolni są komuniści, ponieważ za działalność niepodległościową w czasie zaborów został osadzony w twierdzy Szlisselburg, gdzie przebywał siedem lat skuty w kajdany, w wilgotnej celi gdzie panował ciągły półmrok . Po zakończeniu więzienia miał być zesłany dożywotnio na Sybir. W czasie rebelii bolszewickiej w 1917 r. został uwolniony z wiezienia przez rebeliantów bolszewickich (więziony, to swój) i wtedy zobaczył na własne oczy okrucieństwo i bezprawie bolszewików. Przedostał się do kraju i w czasie wojny Polsko- bolszewickiej w 1920 r. organizował wymarsz robotników na front prosto z fabryk. Po odsiedzeniu wyroku po procesie 16-tu w Moskwie powrócił do kraju i tu od razu został aresztowany przez UB. W wyniku tortur zmarł w więzieniu w Rawiczu w 1950 r. Gdy od lekarza zażądali obdukcji, że zmarł na zawał, ten widząc zmasakrowane zwłoki odmówił. Ze strachu, aby nie wyszła na jaw zbrodnia, bo bali się popularności jaką cieszył się Pużak w społeczeństwie, lekarza Zawistowskiego osadzili w izolowanej celi we Wrocławiu gdzie przesiedział 7 lat. Po fazie internowań, faza podpisywania lojalek lub banicja. Polskę opuszcza wielu zdolnych i wykształconych ludzi. Będą służyć rozwojowi i postępowi innych państw. W kopalni „Wujek” mordy na górnikach,internowania. Przygotowuję dzieci do tego, że będę musiał na jakiś czas wyjechać. Jako "siła antysocjalistyczna" naraziłem się także wielu "aktywistom" wcześniej ! Nie zostaję jednak internowany, dowiedziałem się później, że ktoś dał za mnie poręczenie i to z władz gminnych (przyznawało się do tego później dwóch "ojców"). Przypuszczam, że obawiali się zamknąć jedynego stomatologa w gminie na 10 tys. mieszkańców, a poza tym, byłem niegroźny, bo co mogłem zrobić. Ogarnęła mnie wściekłość i pustka, żal, że tak się skończyło. Pracowałem w tej samej Gminie w dwóch Ośrodkach Zdrowia, w jednym mieszkałem, a do drugiego dojeżdżałem samochodem. Jednym z zasadniczych zakazów stanu wojennego był bezwzględny zakaz poruszania się samochodem. 13-ty to była sobota, ale 15-go miałem przyjmować pacjentów w Ośrodku oddalonym 12 km. Wsiadłem do samochodu i jadę. Dojechałem do Ośrodka i przyjmuje, samochód stał na drodze i mogłem przez okno obserwować co się dzieje. Ciekawy byłem jak szybko działają donosiciele. Po ok 10 minutach przyjechał łazik z "zielonymi ludzikami", stanęli za moim samochodem i stoją. Po ok godz. odjechali. Następny raz wypadł za dwa dni. Wszystko odbyło się tak samo, tak samo przyjechali tyle samo stali i odjechali. Ze mną nikt nie rozmawiał. Był to jedyny samochód poruszający się po drodze oprócz łazików wojskowych. Czekałem na to, że będą interweniować, a ja natychmiast przestane dojeżdżać aby "wkurzyć" ludzi. Trwało to tak przez trzy tygodnie. Po trzech tygodniach pojawiła się mnie pracownica Gminy i przekazuje mi dokument o "zarekwirowaniu samochodu na potrzeby stanu wojennego na terenie gminy" ! Wpadłem w furie, ale ona mnie uspokaja, że samochodu nie ruszą ale muszą jakoś z tego wybrnąć, bo ja nie stosuję się do zakazów stanu wojennego, a tak to wszystko będzie legalnie. Chciałem dać jakoś upust tej gęstej beznadziei. Układałem amatorskie wiersze dla siebie, w których wyżywałem się na „wronie” i jej członkach. Komponowałem także amatorskie piosenki na gitarze. Jedną ułożyłem w całości, wymyśliłem melodię, a druga była skomponowana do wiersza ułożonego przez kogoś innego. „Naród dziękuje ci generale, za połamane pałką kości, za koszmar walki brata z bratem, za to, że żołnierz stał się katem, za to, że znów złamany duch wolności. Wypnij na Kremlu, pierś po medale, naród dziękuje ci generale ...” i tak dalej. Piosenki te nagrane miałem na taśmę magnetofonową. Jeden z kolegów z Krakowa, poprosił, że przegra je sobie i zabrał. Po jakimś czasie słyszę w RWE audycję pt. „Piosenki stanu wojennego”. A tam ja się produkuję. Wysłał to na Zachód. Myślałem, że go oskubię, przecież to była czysta amatorszczyzna. Pamiętam znakomity wiersz, ułożony przez kogoś, na temat rzecznika prasowego WRON-y. "Z dwóch różowych półdupków, z uszu nietoperza, pijany chirurg wykroił łeb ni to człowieka, ni zwierza, cóż to być może, zapytał, gdy łeb już był gotowy, nagle wykrzyknął, eureka !!, toć to Urban, rzecznik prasowy !!" Spotkałem mojego kolegę ze szkoły Ireneusza W., tego samego, z którym wyprowadziliśmy młodzież z internatu w Jaśle 1966r. On pracował w zakładzie w Lublinie, tam gdzie przyspawali lokomotywę do torów. Ponieważ miał naturę przewrotną, dyrektor komunista zarządził, że mają się wszyscy zapisać do „Solidarności”. Kolega nie zapisał się i mówi do dyrektora, a pan dlaczego się nie zapisze? Nie, bo ja jestem komunistą,. To daj mi to pan na piśmie – zwrócił się do niego. Oczywiście tamten nie dał. Później w Tygodniku Solidarność ukazał się artykuł, pod pseudonimem „Daj mi pan na piśmie, że jesteś pan komunistą”. Ten się zorientował, czyja to sprawka. 13 grudnia internowali kolegę i jego 6-u szwagrów. Tamci nie mieli nic wspólnego z polityką. Kolega jak mi o tym opowiadał, to zaśmiewałem się do łez. Bał się wyjść z internowania, ze strachu przed 6-ma szwagierkami. Apatia i przygnębienie powoli mijają. Nie możemy się dać. Naród Polski poczuł smak wolności i przez półtora roku przestał żyć na kolanach. Powstają w podziemiu różne ośrodki opozycji. Kolejna pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny i Apel Jasnogórski, zawierzenia Polski Matce Bożej. Jednego razu jadę na spotkanie do Krakowa. Wychodzę z pociągu w Krakowie i słyszę na peronie okrzyk: cześć Bronek!. Odwracam się, a to kolega z I roku studiów, który został powtarzać rok i więcej się z nim nie widziałem. Zaprasza mnie na piwo, idziemy. Rozmawiam, on wypytuje co porabiam, po co przyjechałem itd. Po jakimś czasie rozstajemy się i poszedłem w swoją stronę. To znaczy nie na spotkanie, bo to miało być całkiem wieczorem, a było dopiero południe, więc byłem w różnych miejscach. Spotkałem się z kolegami i mówię, wiecie co, na dworcu spotkałem kolegę Z. Poszliśmy na piwo i wspominaliśmy stare czasy. Czy coś mu o nas powiedziałeś? No, bez przesady. A czy ty wiesz kim on jest? Majorem SB! Ładny miałeś komitet powitalny. Zbaraniałem kompletnie. W sąsiedniej miejscowości żyło małżeństwo. On był dyrektorem szkoły, a ona nauczycielką. Mieli jedną córeczkę i cały czas starali się mieć drugie dziecko, ale jakoś nie wychodziło im. Ona leczyła się bez skutku. Spotkania towarzyskie z okazji imienin, czy też jakiegoś ogniska odbywały się w stałym składzie. Lekarz z małżonką z sąsiedniego ośrodka – wypróbowani przyjaciele, dyrektor szkoły z tej samej miejscowości, w której pracowałem oraz dyrektor z małżonką z sąsiedniej miejscowości. Czasami dołączali znajomi księża. Pamiętam, że było u mnie przyjęcie i dyr. Szkoły z sąsiedniej miejscowości Stanisław O. był dziwnie milczący i bez humoru. Ona także była jakaś nieswoja. Złożyłem to na karb tego, że może się o coś pokłócili. Rozmawialiśmy o samochodach i on stwierdził, że zamierza sprzedać syrenkę, bo nią jeździł. Następnego dnia, gdzieś około południa odbieram tragiczną wiadomość. On wraz z córką jedynaczką oraz młoda nauczycielka zginęli w wypadku. Żona jego Janina została sama bez męża i jedynej córki. Zebrali się u mnie znajomi z zamiarem, że mamy ją odwiedzić. Jedziemy tam jak sparaliżowani, co jej powiedzieć, no bo cóż można powiedzieć człowiekowi w takiej chwili? Wchodzimy do środka. Ona siedziała na taborecie, cała w bólu. Podszedłem do niej, a Ona bez słowa nie wstając wtuliła się we mnie. Ja nic nie mówiłem, znajomi tez nic, tylko ten bolesny szloch. Za swoimi plecami słyszę stuk laski idącej osoby i załamany głos starszej kobiety. „Widzisz Janka, a co ja mam powiedzieć? Miałam trzech synów i wszyscy zginęli, ten był ostatni”. Była to matka jej męża. Nie wiedziałem o tym wcześniej i nie potrafię opisać jakiego doznałem odczucia. Chyba jakiejś dziwnej pustki. Janina została przewieziona przez nas do jej matki w innej miejscowości i przysięgliśmy jej, że będziemy ją odwiedzać. W pogrzebie nie była w stanie uczestniczyć. Zgodnie z obietnicą odwiedzamy ją naprzemiennie, codziennie. Ona prosi by być z nią jak najdłużej. Kolega Paweł, lekarz medycyny odwiedzał Ją, jak ja kończyłem, tak, że zmienialiśmy się. W międzyczasie odwiedzali ją inni. Jednego dnia jak Paweł przyjechał, zostałem także nieco dłużej. W pewnym momencie Ona mówi wiecie co, już drugi miesiąc nie mam okresu. Ja mówię: „no wiesz po takim stresie”, a Paweł: „słuchaj, a może ty jesteś w ciąży?” Ależ skąd, tyle lat staraliśmy się daremnie. Paweł decyduje jednak, wiesz co, zrobimy na wszelki wypadek test. Szok! Ona jest w ciąży! W ostatnim momencie?! Jest więc szansa, ze będzie miała dla kogo żyć, jest też możliwość wlania w nią otuchy. Urodziła córeczkę i powoli zaczęła wracać do siebie. Dziewczynka miała już dwa latka, czas leczy rany. Przed wyjazdem na urlop założyłem jej opatrunek do zęba już wyleczonego kanałowo z zamiarem wypełnienia po urlopie. W pierwszy dzień po urlopie dzwoni Paweł. Słyszałeś o Jance! Co się stało? Ma raka z przerzutami, godziny policzone. Po paru dniach zmarła. Idę do kościoła na pogrzeb i rozmyślam, szukając sensu tego wszystkiego. Dlaczego nie zginęła w samochodzie za pierwszym razem, po co to wszystko. Ksiądz na kazaniu odwołał się do stwierdzenia, „że kilim na lewej stronie to bezładne poplątanie nici, a prawdziwy pejzaż jest na pierwszej stronie. My widzimy tylko lewą”. Coraz częściej zaczynam kontaktować się z kolegami w Krakowie, a także w Warszawie. Staram się także zmienić pracę i wyjechać z tej miejscowości. Są atrakcyjne oferty. Jadę do pierwszego miejsca, dyrekcja zadowolona, że będą mieli stomatologa. Pierwsze wstępne ustalenia, mam jeszcze zadzwonić. Dzwonię i słyszę: „wie pan, już w międzyczasie przyjęliśmy kogoś innego ...” Za jakiś czas ogłoszenie w „Służbie Zdrowia” ukazuje się jeszcze wiele razy. Dzwonię incognito i podtrzymują, że oczekują”. Gdy ten scenariusz rozegrał się kilka razy w stosunku do innych ogłoszeń, zrozumiałem, że mam swego rodzaju „areszt domowy”. Mogę się zwolnić, ale nikt mnie nie zatrudni. Jadę do dyrektora. To Pan blokuje mi możliwość zmiany pracy !. "Ja tylko wypełniam polecenia przełożonych", odpowiedział. Zamknąłem drzwi głośno jak tylko moglem. Kontakty z kolegami z opozycji stają się coraz częstsze. Złość i odraza do istniejącego systemu potęguje się coraz bardziej. Nadzieja, jaka powstała w 1980r. pozostaje nadal nadzieją. W tym czasie nawet brzmienie akcentu wschodniego drażniło mnie, nie mówiąc o samym języku rosyjskim. Zamęczony na śmierć ks. Jerzy Popiełuszko, oczywiście każdy Polak wie, kto jest autorem tej zbrodni. Nie wystarczyło samo zabicie, musieli go zadręczyć. Później proces, a właściwie groteska, gdzie ofiarę próbuje się w trakcie procesu przedstawić jako zbrodniarza przeciwko socjalistycznemu państwu. Cała ta historia jest nie do zniesienia. Przy okazji oczywiście ginie dwóch oficerów, którzy wiozą dokumenty. Dokumenty także zaginęły wraz z nimi. W opozycji są różne grupy, które mają różne założenia, ideały, programy i możliwości. Były grupy tzw. „lojalnej opozycji” nazwanej już przez propagandę „konstruktywną opozycja”, które miały ułatwiony dostęp do pomocy zagranicznych; finansowych, powielaczowych papierniczych. W grupie osób, z którymi ja byłem w kontakcie coraz częściej padały propozycje, aby nie bawić się w jakieś „Tymczasowe Komitety”, ale założyć partię polityczną i ogłosić skład władz. Był tylko problem, jaka to ma być partia, z jakim przywództwem, no i jaką przyjąć nazwę, czy odwoływać się do jakichś korzeni. Wtedy to padła propozycja, aby reaktywować Polską Partię Socjalistyczną. Kilku zareagowało od razu z oburzeniem. Wszystko w porządku, tylko to słowo socjalizm. Argumenty padały różne za i przeciw. W końcu wygrały argumenty za, ale pod pewnymi warunkami.
Te warunki zostały zaakceptowane natomiast argument za tym, aby taką nosiła nazwę to:
Program powstał, miała tylko zapaść decyzja kiedy? Pewnego dnia odwiedził mnie kolega z Krakowa, z zapowiedzią zorganizowania zebrania założycielskiego w Warszawie. Podał miejsce i termin, narysował odręcznie mapę. Pojechałem pociągiem, później zanim dotarłem na miejsce, zanim ją znalazłem, spóźniłem się ok. 2 godzin. Krążę wokół domniemanego miejsca i w pewnym momencie kobieta kopiąc coś na swojej działce, pyta; „kogo pan szuka?” „Kolegów, mieliśmy się tutaj spotkać na ognisku”. „Uciekaj pan stąd szybko, powiada, była tu milicja i zgarnęła wszystkich”. O nic już nie pytałem, tylko odwrót. Wracam do domu prawie po 40 godzinach. Włączyłem radio RWE i słucham jak kolegów wzięła milicja na 48 godzin i podają nazwiska aresztowanych. Gdy był u mnie kolega z Krakowa informując o tym spotkaniu, powiedział jeszcze: „przyjedź koniecznie, bo będzie jakiś emisariusz z Londynu”. W jakiś czas później w restauracji w Warszawie zawiązał się Komitet Założycielski PPS z J.J. Lipskim jako przewodniczącym. O tym spotkaniu nie byłem poinformowany, ale wkrótce wszedłem w skład PPS. Pamiętam, że w Warszawie rozwinięty został transparent PPS z napisem „precz z socjalizmem”. Różnie na to reagowano, jedni uważali to za żart, inni grę polityczną. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że to prawda, że to co jest w Polsce, to dyktatura, że nie może być takiego systemu. W sprawach politycznych PPS ogłosiła w programie, iż żąda: Reaktywowania „Solidarności”, demokracji, pluralizmu politycznego, a w sprawach gospodarczych opowiada się za gospodarką rynkową. Zbliża się rok 1988 i władza zaczyna mówić o „pierestrojce”. W kołach opozycji reakcje są różne. Na pierwszym miejscu podejrzliwość. Co oni kombinują. Kiszczak ministrem spraw wewnętrznych od stanu wojennego. Przecież za jego kadencji SB doprowadza do męczeńskiej śmierci, stosując tortury wobec ks. J. Popiełuszki. Spotkanie R. Reagan – Gorbaczow na szczycie i potwierdzają pierestrojkę. Władcy PRL zaczynają mówić o odnowie. Zaczynają się kpiny. Jaka odnowa? Pisana razem, czy osobno? Dochodzi do spotkań Wałęsa – Kiszczak. Kto ma z kim negocjować. Porozumienia były już podpisane w 80r., co oni kombinują? Inni uspakajają. Przecież jest uchwała WZD „Solidarności” z 81r. wykluczająca układy z PZPR. Aby doszło do rozmów KK „Solidarności” musi wyłonić reprezentację. Coraz częściej mówi się o „okrągłym stole”. Tu zaczynają się opory jednych grup, wobec drugich oraz poparcie innych. Podziały są coraz głębsze i dotykają spraw fundamentalnych. W tej sytuacji część członków K.K. „Solidarności” pod przewodnictwem Andrzeja Gwiazdy próbuje zwołać posiedzenie K.K. Wielu członków opuszcza kraj, ale z tych co pozostali wystarczy , aby było quorum. Wtedy interweniuje L. Wałęsa. Nie będzie żadnego posiedzenia K.K. i próby jego zwołania przy pomocy kilku innych torpeduje. Zaczyna tworzyć tzw. Komitet Obywatelski. Rozpoczyna cykl spotkań pt. „ Lech Wałęsa zaprasza do Komitetu Obywatelskiego”. W ten sposób jednych zapraszano, innych wyrzucano bo nie zgadzał się na ich obecność szef SB Kiszczak. Tak powstał Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, w których znaleźli się wyłącznie członkowie tzw. „konstruktywnej i lojalnej opozycji” bez „ekstremy”, w skład tego Komitetu weszły także osoby, które nigdy w opozycji nie były, a wręcz odwrotnie. Zaczyna się przygotowanie do „Okrągłego stołu”, a wcześniej dokonano tajnych ustaleń w Magdalence. Protestów przeciwko temu „meblowi” nikt nie słucha, a wręcz są zagłuszane. Dlaczego „nie” dla „Okrągłego stołu”. Przy stole prostokątnym zasiadają układające się strony z wyznaczonymi granicami kompromisu. Widać wyraźnie, kto z kim siedzi. Przy „Okrągłym stole” nie ma negocjacji, ani granic kompromisu, nie wiadomo kto z kim siedzi, bo jest „okrągły”, nie ma negocjacji, tylko ustalenia. Kto jest podmiotem takich układów – uczestnicy. Dlaczego stół nie ma „kantów”, bo one dopiero mają powstać. Lech Wałęsa oświadcza, jesteśmy gotowi do poświęceń – „kogo o to pytał” i jakie to mają być „poświęcenia”. Dlaczego władzy komunistycznej zależało na układach „Okrągłego stołu”. Przecież nie chodziło im o dobro społeczne, bo niedawno kalkulowali, że w stanie wojennym może zginąć około 30 tys. ludzi. Komunistyczna władza bała się pierestrojki. W ZSRR w wyniku pierestrojki komuniści tylko wyrzucą flagi, krawaty przywdzieją inne i już są demokratami, bo tam nie było nigdy prawdziwej opozycji. A w Polsce? Gdyby była pierestrojka bez „okrągłego stołu”, to zmiana krawatów nic by nie dała”. Trzeba by było oddać całkowicie władzę! Tylko układy mogły zapewnić komunistom ciągłość władzy pod nowymi szyldami. Wspólnie z wcześniejszymi dezerterami z PZPR, którzy byli w „lojalnej opozycji”. Tak się stało. Sejm kontraktowy, gdzie 1/3 (bez znaczenia dla ustaw) będzie dla „lojalnej opozycji”, a reszta dla układu komunistycznego. Katolicki Premier, ale najważniejsze resorty dla PZPR; gospodarka, współpraca z zagranicą, sprawy wewnętrzne, rolnictwo, przemysł, finanse. Prezydentem zostaje dyktator stanu wojennego W. Jaruzelski, wybrany także głosami „lojalnej opozycji”. Wtedy wydawało się, że społeczeństwo oprzytomnieje, tym bardziej, że zaczęto mówić to w TV. J. Kuroń stoi na schodach URM-u i pokazując palcem za siebie, mówi: „my tam nie idziemy przejąć władzę, my idziemy tę władzę uwiarygodnić”. Myślę sobie, teraz się zacznie – nic. K. Modzelewski mówi: „teraz przypadnie nam trudna rola obrony władzy przed społeczeństwem”. Cisza. L. Wałęsa „Solidarność” musi być teraz słaba, bo byłaby zbyt silną pałą nad rządem”. Myślę sobie – czy ludzie tego nie słyszą. Wreszcie Balcerowicz oświadcza w TV: „będziemy teraz stosować anty-Janosikowe hasło, zabrać biednym, aby dać bogatym”. Wtedy byłem pewien, że coś się wydarzy, że naród wreszcie usłyszy i zrozumie, co go czeka. Wiedziałem, że były inne programy przekształcenia państwa i wprowadzenia gospodarki rynkowej. Wybrano ten „monetarystyczny” najbardziej dokuczliwy i bolesny dla społeczeństwa, a wygodny dla ludzi z „układu”. Program, który przyniesie ogromne negatywne skutki społeczne, niszczenie zakładów, bezrobocie i spadek stopy życiowej. Był to dla mnie najtrudniejszy okres w mojej działalności politycznej. Zarówno PPS jak i grupa opozycji skupionej wokół A. Gwiazdy w Gdańsku, podejmowaliśmy próby dotarcia do społeczeństwa, ale bez skutku. Przypomina mi się tutaj fragment tego, co napisał A. Mickiewicz: „ciemności kryją ziemię i lud we śnie leży, na próżno kto dla tych ludzi głos i język trudzi ... pobudzą się bez czucia jak bez czucia spali”. Powstała „nowa Solidarność”, do której trzeba było od nowa wypełnić deklarację. Wstąpiłem do tej „nowej Solidarności” (jako ZW, Zaw.) dopiero jak L. Wałęsa ją opuścił. W 1990r. odbył się Kongres PPS, na którym PPS J.J. Lipskiego, emigracyjna PPS z L. Ciołkoszową oraz PPS G. Ilki i PPS P. Ikonowicza miały połączyć się w jedną PPS. Takie było dążenie emigracji. Opory ze strony PPS J.J. Lipskiego o zgodę na połączenie z PPS P. Ikonowicza były ogromne. To jest partia o całkowicie odmiennych poglądach, zapatrywaniach i programie. Emigracja napierała i argumentowała jesteście w przewadze, zostaną wyeliminowani”. Nastąpiło połączenie tych partii, co jak się później okazało, było początkiem jej całkowitego zniszczenia. W międzyczasie przeniosłem się do pracy w Szpitalu Wojewódzkim w Krośnie w 1989r., ale bez zgody „na porozumieniem stron”. Już bez obaw zwolniłem się i zostałem na nowo przyjęty. W tym czasie bardzo szybko udało mi się zbudować struktury regionalne PPS J.J. Lipskiego, na terenie byłego woj. krośnieńskiego. W 1991r. został wybrany nowym przewodniczącym „Solidarności” M. Krzaklewski i odwiedził Krosno, gdzie odbyło się spotkanie 5-ciu Regionów „Solidarności”. Za zgodą władz Zarządu Regionu Podkarpacie, zaprosiłem na ten zjazd ekonomistów z PPS, aby przedstawili konsekwencje programu Balcerowicza oraz alternatywny program, jaki powstał pod przewodnictwem doc. dr Marka Gruchelskiego. Za ten program doc. Gruchelski otrzymał najwyższe odznaczenie organizacji ekonomicznej EWG, ale niestety nikt w Polsce o tym nie słyszał. Nikt ich nie słuchał. Po kilku latach przyznano mi rację, ale niestety, nie jest to już żadną satysfakcją. Również w 1991r. zostałem zaproszony na takie seminarium pt. „inicjatywy lokalne wobec bezrobocia”. Byłem założycielem Związku Bezrobotnych. Ponieważ sam nie byłem bezrobotny, pomogłem im tylko zorganizować się. Pamiętam taką scenę, gdy jednego razu zadzwonił telefon w lokalu PPS w Krośnie i jakaś pani pyta: „ czy to jest siedziba Związku Bezrobotnych”? min. tak mówię. „Tam przyjdzie mój mąż, błagam porozmawiajcie z nim”. Po jakimś czasie zjawił się pewien Pan, całkowicie zdruzgotany psychicznie. 25 lat pracował w Hucie Szkła i go zwolnili. Posiedział wśród bezrobotnych, bo akurat mieli spotkanie dłuższy czas. Często przychodził na różne spotkania. Po jakimś czasie idę przez targowicę i słyszę „dzień dobry panie doktorze” – oglądam się, jest ten Pan. No i jak Pan sobie radzi”. „Jakoś idzie”. Czyli nie musiał pan skończyć życia w Hucie. Wtedy myślałem inaczej, odrzekł. Były to trudne początki nowego. Coraz bardziej zacząłem przekonywać się, że świadomość polityczna Polaków jest bliska zeru bezwzględnemu. Przypominam sobie taki dialog. Pewien bezrobotny mówi do mnie „wie pan, a ja to popieram program K. Mikke”. Pan? Pytam, dlaczego? „Nie rozumie pan” zwraca się do mnie z niedowierzaniem „na pewno”?. Na pewno odpowiadam. „Proszę pana, to proste” tłumaczy, „jestem na zasiłku, a oni mi jeszcze potrącają 20% podatku, gdyby rządził K. Mikre, to tego by nie było i miałbym cały zasiłek. Po chwili zdumienia tłumaczę: „proszę pana, gdyby ten program był realizowany to nie tylko nie miał by Pan żadnego zasiłku, ale jeszcze musiałby Pan płacić za leczenie i za naukę dzieci”. „Pan chyba oszalał” – krzyczy na mnie – „z czego by ludzie żyli!”. To był dla niego argument. W tym samym czasie starałem się założyć „Podkarpacką Kasę Chorych” jako stowarzyszenie pomocy lecznictwu. W komitecie założycielskim znaleźli się dyrektorzy szpitali, wójtowie i burmistrzowie. Po dwóch rozprawach sąd odrzucił wniosek o rejestracje. Równocześnie opracowałem program rozwoju regionu przy pomocy specjalistów z różnych dziedzin, który zakładał rozwój tego regionu przy równoczesnym zmniejszeniu bezrobocia. Program ten znajduje się w bazie danych EWG. W PPS opracowałem program reformy Służby Zdrowia, oparty o system kontraktowania. Wracając jednak do tego seminarium pt. „Inicjatywy lokalne wobec bezrobocia”. Było ono zorganizowane pod patronatem Ministra Pracy przy udziale Zarządu Regionu Mazowsze, a organizowali je prof. M. Czartoryski i A. Radziwiłł. Seminarium finansowała niemiecka fundacja BBJ z Berlina. Na seminarium zaproszeni byli przedstawiciele wszystkich państw Europy Zachodniej, USA i Australii. Na tym seminarium miałem przedstawić program rozwoju regionu. Seminarium było tak zorganizowane, że pociąg z wagonami sypialnymi jechał na trasie Warszawa – Lublin – Kielce – Wałbrzych – Łódź – Warszawa. W pociągu były spięte dwa wagony restauracyjne z nagłośnieniem i w czasie jazdy prowadzona była konferencja na temat problemów bezrobocia w innych krajach oraz niektórych ich rozwiązaniach. Uczestnikiem seminarium był min. Przewodniczący Międzynarodowej Organizacji Pracy, przedstawiciele związków zawodowych innych krajów, a także przedstawiciele resortu zatrudnienia z rządów w innych krajach. W każdym z wymienionych miast pociąg się zatrzymywał i tam wszyscy uczestnicy byli podejmowani w Urzędach Wojewódzkich tych miast i przedstawiali swoje koncepcje walki z bezrobociem. Po odbytej konferencji pociąg ruszał w dalszą drogę. Wówczas w klapie nosiłem znaczek „S” i PPS. Na widok tego drugiego reagowali związkowcy z „S” odruchem, „co ty, po co to masz, itd.”. Raczej odczuwałem pewną izolację z tego powodu. Widziałem tylko zdziwienie w oczach, gdy przedstawiciele państw zachodnich, gdy zobaczyli ten znaczek wydawali okrzyk: ooo PPS!!! i rzucali się do uścisku dłoni. Kolegom z „S” tłumaczyłem „no to jak, obcokrajowcy znają lepiej historię polityczną polski od Was?” Wszyscy polscy uczestnicy znali mój stosunek do programu Balcerowicza i starali się mnie do niego przekonać. W każdym Urzędzie Wojewódzkim przedstawiano jakieś nierealne pomysły na „walkę z bezrobociem”, wskazywano ile to zakładów w ich województwie musi upaść, tak, że obraz rzeczywistości polskiej w trakcie podróży stawał się coraz bardziej przygnębiający. Dojechaliśmy do Wałbrzycha i tam w pierwszym rzędzie przewieziono nas do największej fabryki porcelany w Europie w Książu, która była nowym zakładem, mającym niecałe 5 lat. Najpierw oprowadzono nas po zakładzie. Na reszcie coś pocieszającego, twierdzą uczestnicy. Nowe maszyny, zakład zautomatyzowany, Panie w białych fartuchach sortują serwisy z porcelany, jednym słowem oko cieszy. Po zwiedzeniu zakładu zaproszono nas do dużej sali konferencyjnej, gdzie stoły były ustawione w kształcie litery „U”. Stół prezydialny miał po obu stronach ciągi stołów dla uczestników. Sala nagłośniona, co 1 m mikrofon z przyciskiem, tłumacze na zapleczu tłumaczyć mieli na inne języki przebieg konferencji. Gdy usadowiono nas na sali, ja siedziałem przy końcu jednego z rzędów stołów tyłem do sali i bokiem do stołu prezydialnego. Naprzeciwko mnie siedział prof. Czartoryski. Po chwili wchodzi na salę czterech panów, siadają za stołem prezydialnym, a ten pan na środku trzyma gruby plik kartek „referat”. Powitał nas i mówi: „Pozwólcie państwo, że się przedstawię, jestem dyrektorem, a w zasadzie już nie dyrektorem, ale przewodniczącym Komisji naprawczej i postaram się jak najszybciej ten zakład zlikwidować i niestety 2000 kobiet musi stracić pracę”. W tym momencie zachowałem się niegrzecznie i na zasadzie odruchu, włączyłem swój mikrofon i powiedziałem: „proszę się bliżej przedstawić, czy jest pan przewodniczącym komisji naprawczej, czy likwidatorem i co pan zrobił jako przewodniczący komisji naprawczej, aby ten zakład uratować”. Zapanowała cisza. Zapytany nie odpowiada, a cisza zaczyna przeciągać się w sposób nienaturalny. Odchyliłem się nieco do tyłu i spojrzałem w lewo, aby zobaczyć tego pana. Ze zdziwieniem zauważam, ze pan ten siedzi oparty i odchylony do tyłu i nic nie mówi. Cisza przeciąga się. Po pewnym czasie stwierdza: „pan mnie tym pytaniem zablokował”. „To ja pana odblokuję” – stwierdziłem i postawiłem następne pytanie: „czy zakład został wyceniony i na jaką kwotę i czy jest chętny do jego zakupienia”. Pada odpowiedź: „Tak, zakład został wyceniony na kwotę 24 mln dolarów i jest chętny do zakupu z Włoch”. Wtedy ja ripostuję: „oznacza to, że zgodnie z ustawą, zakład po likwidacji będzie miał 10% wartości i wtedy kupi go za 2 mln dolarów”. „Tak” potwierdza rozmówca. Wówczas siedzący obok vice minister pracy podpowiada: „zapytaj go, czy nam go sprzeda?” Pytam: „a czy my mamy szansę stanąć do przetargu?”. „Tak, oczywiście” – pada odpowiedź. Stwierdziłem, tylko niestety Włoch zawsze dorzuci 10 dolarów więcej, bo go będzie stać, a my nie będziemy mieli szansy stanąć w szranki. Profesor Czartoryski przechylił się przez stół, zdjął okulary i pyta mnie „proszę pana, o co tutaj chodzi?” Jak to, pan nie wie, o co chodzi? O to, aby sprzedać dobry zakład za bezcen. Na sali rozpętał się tumult. Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, padały nawet obelżywe epitety pod adresem zarządu. Profesor opuścił salę, a ja za nim. Za chwilę wyszli wszyscy pozostali. W pociągu na dalszej trasie już kolegom nie przeszkadzał znaczek PPS w klapie. Zasiadali w koło i ze zdziwieniem stwierdzali: „Toć to jest zwykły szaber”. Przyznam, że miałem satysfakcję, iż mogłem tę szansę wykorzystać i naocznie przekonać kolegów, że mam rację. „Otwórzcie teraz oczy innym” – twierdziłem. Na marginesie tej opowieści wspomnę jeszcze, że po dwóch latach idę ulicą i spotyka mnie kolega „czytałeś dzisiejszą prasę?” – „Nie” – odpowiedziałem – „To sobie kup”. Kupuję gazetę, a tam na pierwszej stronie grubym drukiem tytuł: „Największa fabryka porcelany w Europie w Książu sprzedana”. Myślę sobie, dopiero po dwóch latach. Z treści artykułu dowiaduję się, że została sprzedana za 20 mln dolarów i kupiły ją polskie podmioty energetyka i gazownictwo. W informacji było jeszcze zawarte, że zakład ma zamówienia na 5 lat naprzód na eksport i musi zatrudnić dodatkowe 500 osób. Po powrocie z tego sympozjum zwracają się do mnie koledzy. Słuchaj, chcą zlikwidować „Lniankę”. Zakład z takimi tradycjami? Wyrób tkanin lnianych to przecież przyszłość. Rozpoczął się bój o uratowanie zakładu. Wspólnie z Zarządem Regionu Podkarpacie NSZZ „Solidarność” w Krośnie. Wyjazdy do Warszawy, programy naprawcze, to wszystko na nic. Ten zakład stał na przeszkodzie innym zakładom tkackim w Łodzi, które były już we „właściwych rękach”. Do akceptacji likwidacji zakładu wciągnięto nawet samych pracowników. Tłumaczyli tyle zarabiam, tyle na bilet, gdy odliczę koszty, to pozostaje tyle samo ile wynosi zasiłek. Wtedy zasiłki płacono bezterminowo, aby łatwiej było burzyć i przejmować najlepsze zakłady. Kęski w prywatne ręce bez oporu pracowników. W Polsce powstają gigantyczne afery, których nikt nie rozlicza i nikt o nich nie pisze. Wręcz przeciwnie. Jeden w ówczesnych premierów J. K. Bielecki stwierdza publicznie, iż biznesie jest tak, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. To już przechodzi wszelkie granice. Najpierw premier jeszcze komunistycznego w 1988r. rządu M. Rakowski, uruchamia spółki z o.o. i mówi: „bogaćcie się”. Kto? No oczywiście ci, co maja „wejścia”, a kto je ma? Nomenklatura komunistyczna !. Kapitał założycielki spółki miał wynosić 4 mln zł(stare złote) i na taki kapitał zakładowy bank mógł udzielić zgodnie z prawem kredytu 300 mln starych złotych! A więc powstawały spółki z o.o., brały kredyt, spółka padała i tak zostawała czysta kasa. Tak wyprowadzono pieniądze z banków. Kto? No oczywiście „klasa robotnicza!” Banki wiedziały komu udzielić kredytu, a komu odmówić. Jeżeli dyrektor nie rozumiał, to władza zmieniała go na innego, "rozumiejącego". Na terenie województwa krośnieńskiego zlikwidowano już wiele zakładów. Było to w czasach rządów układu „okrągłego stołu”, a później koalicji SLD – PSL. Wtedy to zlikwidowano ponad 17 zakładów pracy. Oczywiście, co do niektórych można powiedzieć, że nie było szansy na ich racjonalne funkcjonowanie, ponieważ były zbudowane na użytek rozwoju „demokracji ludowych”, w innych krajach, na nasz koszt, ale niektóre zakłady zlikwidowano na siłę, bo przeszkadzały innym w interesach. W tym okresie odwiedził mnie Andrzej Gwiazda i chciał zadzwonić do żony. Podniósł słuchawkę i zdziwiony mówi "ty masz telefon na podsłuchu"!!, ja na to mówię, przepraszam, zapomniałem Ci powiedzieć. Wspominam o tym, bo z tym podsłuchem był istny kabaret. Jednego razu rozmawiam z kolegą z Warszawy z dawnej opozycji i nagle słyszę w słuchawce głos drugiego kolegi z emigracji politycznej z Monachium który mówi "cześć Bronek co słychać" zbaraniałem i mówię - w tej chwili rozmawiam z Grześkiem I. z Warszawy (wszyscy znaliśmy się), z drugiego telefonu?, pyta, nie no z tego samego, wtedy słyszę jak kolega z Warszawy mówi do tego z Monachium, "cześć Jacek", tamten zbaraniał i krzyczy, k.. takie jaja to tylko w Polsce są możliwe. Urządziliśmy sobie taką telekonferencję we trzech. Było później jeszcze kilka takich przypadków i zdenerwowany udałem się do dyrektora Poczty Polskiej ze skarga i "obsługa" poprawiła się. To taki przykład jak zmieniła się PRL w III RP, metody te same, tylko jakość różna. Ale kontynuując okres lat 1991 – 1992. W samej partii „PPS” trwała ciągła walka wewnętrzna o jej kształt oraz charakter i program. Grupa J.J. Lipskiego stała nieustannie na swoim stanowisku, jakie było przyjęte jeszcze przed utworzeniem partii. Grupa Ikonowicza okazała się silniejsza, niż się wydawało. „Nie wiadomo skąd” mieli dodatkowe środki finansowe. Jeżeli PPS w kraju miała w tym czasie około 3 tys. członków, to grupa P. Ikonowicza nie miała więcej, jak 300 osób. Na posiedzeniach Rady Politycznej przyjeżdżał z Londynu jeden z członków Rady, jako przedstawiciel emigracji i gdy zabrał głos „coś burzyło się we mnie”. Powiedziałem wprost „słuchaj, skąd ja cię znam, gdzieś z przeszłości”. Nie wiem – odparł, może dlatego, że jestem krytykiem muzycznym. Nie, to nie to. Tak męczyłem się około 1 roku. Na dźwięk głosu „burzyłem się wewnętrznie”, natomiast twarzy nie mogłem z niczym skojarzyć. Pewnego wieczoru zadzwonił telefon i w słuchawce jego głos. „Słuchaj stary, będę w Przemyślu, mógłbym wpaść do Ciebie?”. Oczywiście, zapraszam. A on ciągnie dalej, „bo wiesz, ja mam sentyment do tego terenu”. Pytam „jaki?”. „No wiesz, kiedyś kończyłem L.O. w Jaśle”. To teraz już wiem, skąd ja ciebie znam – krzyknąłem i odłożyłem słuchawkę. To ten sam Marek G., który był w L.O. jako 4 – te liceum. Ten sam, którego ojciec był vice ministrem UB, ten sam, który węszył, kto wyprowadzał młodzież z internatu do kościoła w 1966r!. Ale to nie wszystko. W 1984 – 85r. był w biurze koordynacyjnym w Brukseli, które organizowało dostawy powielaczy i papieru dla opozycji i te przeżuty były najczęściej przechwytywane na granicy. Wreszcie to On miał być tym „emisariuszem z Londynu”, na ogródkach działkowych w Warszawie, gdy aresztowano kolegów. J.J. Lipski był żołnierzem Szarych Szeregów w czasie okupacji. Pan G. Ojciec Marka donosił na gestapo i wielu kolegów J.J. Lipskiego zostało schwytanych i zamordowanych. J.J. Lipski pytał Marka, czy pan G. To jego rodzina. Ten się wyparł i twierdził, że to zbieżność nazwisk. Zadzwoniłem do J.J. Lipskiego i powiedziałem mu kim jest Marek G. Po moim telefonie zabrało go pogotowie nieprzytomnego do szpitala. Na najbliższym posiedzeniu Rady Politycznej w jego obecności połączyłem te wszystkie zdarzenia. Wstał z pianą na ustach i chciał mnie zaatakować. Koledzy wyprowadzili go nie tylko z sali, ale wprost na ulicę. W tym samym czasie została podjęta uchwała o wykluczeniu go z organizacji. Po jakichś 2 tygodniach oglądam wiadomości i co widzę? Z Londynu nadaje korespondent TVP Marek G. No i wszystko jasne! Nie mogłem rozpoznać twarzy, bo pamiętałem grubego młodzieńca z bujną czupryną, a teraz był łysy, z długą siwą „kozią” brodą w okularach. Nie do poznania. Tylko mowa go zdradziła. Walka wewnętrzna w PPS była coraz ostrzejsza. P. Ikonowicz zaczyna prowadzić politykę zbliżenia do SdRP. Pewnego razu przyszedł do lokalu z przewodniczącym SdRP A. Kwaśniewskim i zaczął w jego obecności składać mi propozycję, że jak się zgodzę na współpracę PPS z SdRP, to będę miał zagwarantowane wysokie miejsce na liście w wyborach do Sejmu w pierwszej 10-ce. Odmówiłem zdecydowanie. J.J. Lipski był już poważnie chory i mnie upatrywał, abym dalej czuwał nad obliczem partii. W końcu zmarł. Przyjechałem na pogrzeb, w którym uczestniczyli prawie wszyscy z różnych ośrodków byłej opozycji. Prezydenta L. Wałęsę reprezentował L. Kaczyński. W pewnym momencie koledzy stwierdzają, słuchaj J.J. Lipski uważał, że tylko ty możesz utrzymać kierunek partii, dlatego ty poniesiesz historyczny sztandar PPS z 1905r. Byłem zaskoczony, a zarazem dumny. Przecież sztandar ten ufundowali S. Wojciechowski, późniejszy Prezydent RP przed wojną, J. Piłsudski, I. Daszyński - Marszałek Sejmu, J. Moraczewski - pierwszy premier pierwszego rządu Wolnej Polski po 120 latach rozbiorów, B. Limanowski, czy B.A. Jędrzejowski. Nad trumną proboszcz parafii św. Józefa stwierdził: „czasami Pan Bóg zsyła na ziemię ludzi, aby czynili dobro. Takim posłańcem był J.J. Lipski”. Po śmierci J.J. Lipskiego grupa Ikonowicza przypuszczała coraz mocniejszy szturm w celu zapanowania nad charakterem partii. W końcu wojny wewnętrzne zaczęły mnie nudzić. Przestałem jeździć na posiedzenie Rady. Po jakimś czasie otrzymuję listy i telefony z kraju: „dlaczego nie przyjeżdżasz na każde posiedzenie P. Ikonowicz i Mulak stawiają wnioski o wyeliminowanie cię z partii. My cię bronimy, przyjedź i powiedz, o co ci chodzi, niech się to raz jakoś skończy”. Dobrze przyjadę. Przyjechałem na posiedzenie Rady, a tam tłum ludzi. Rada liczyła 90 osób, a było dodatkowo jeszcze około 200 obserwatorów. Koledzy i działacze PPS J.J. Lipskiego otoczyli mnie w koło i twierdzą, ze powinienem pierwszy wygłosić referat polityczny, a Ikonowicz w następnej kolejności. Dla mnie jest to obojętne. Znacie moje stanowisko i nie ulegnie ono zmianie, bez względu na to, w jakiej kolejności będę mówił. Swój referat polityczny miałem w kilkunastu egzemplarzach i Ikonowicz także rozdał swój. W procedurze głosowania ustalili, że ja będę mówił pierwszy. W swoim referacie poddałem totalnej krytyce jakiejkolwiek próby współpracy z SdRP, a jeżeli taką chcą, to nie trzeba mnie wyrzucać z partii, bo wystąpię sam. Napiętnowałem wszystkie zbrodnie komunizmu w powojennej Polsce. Wskazałem na zbrodniczą postawę PPR i lewicy PPS zaraz po okupacji, które sądy nad ludnością cywilną oddały w ręce NKWD. Skrytykowałem likwidację prawicowej PPS z przed wojny i WRN z czasów okupacji rękami fałszywej PPS utworzonej przez agentów sowieckich w celu ogłupienia społeczeństwa, a działaczy niepodległościowych i demokratycznych dręczono i sądzono za to, że nie chcieli pójść na współpracę z okupantem sowieckim, lecz bronili demokracji i niepodległości Polski. Skonfiskowane sztandary PPS przez obcych agentów, używano do celów zniewolenia narodu. Ponieważ na sali byli jacyś starsi panowie, których pewnie zaprosił Ikonowicz zaczęli coś mruczeć i szemrać. Poprosiłem prowadzącego obrady kolegę z Poznania, aby ci którzy chcą zagłuszyć prawdę szemraniem, postarali się zrobić to inaczej, bijąc się w głośno piersi, po każdym moim stwierdzeniu. Rozjuszyło ich to stwierdzenie i zaczęli klaskać. Wtedy zacząłem im skandować „Wiesław”, „Wiesław”, „Wiesław”, i głośno stwierdziłem towarzysze, to nie ta sala i nie te obrady! Część wyszła, reszta się uspokoiła. Kontynuując stwierdziłem, jeżeli są chętni do współpracy z SdRP, to jest prosta droga, wystąpić z PPS i zapisać się do SdRP, chyba, że celem waszym jest skraść ponownie sztandary PPS i oddać w ręce komunistów z SdRP. Skończyłem swój referat i po mnie miał mówić P. Ikonowicz, ale niespodziewanie prowadzący obrady ogłosił 5 minut przerwy technicznej. O co chodzi, pytam? Słuchaj, Ikonowicz rozdał swój referat, ale po twoim wystąpieniu wystraszył się i najprawdopodobniej kombinuje inaczej. Po przerwie P. Ikonowicz przedstawił swoje racje i swoje wytoczył argumenty. Po jego zakończeniu rozpętała się dyskusja. Najpierw nastąpił atak na mnie. Jeden z uczestników stwierdził wręcz, że w moim wystąpieniu jest wiele naciąganej historii. Wówczas zabrał głos Jan Sandorski, Kierownik Katedry Historii na Uniwersytecie w Poznaniu i całkowicie poparł moje stwierdzenia, jako zgodne z prawdą. Na sali jednak „atak” na mnie był zorganizowany. Któryś z kolegów mówi do mnie, czy nie mam ochoty ripostować. Odpowiedziałem krótko: „nie ma takiej potrzeby, oni tak się zachowują, bo już wiedzą, że nie spełnią pokładanych w nich nadziei.” W wyniku głosowania Rada Polityczna przyjęła mój referat za swój, w całości go poparła, a następnie Ikonowicza i Mulaka usunięto z władz. Ja zostałem przewodniczącym Zarządu Partii. Po tym fakcie P Ikonowicz odłączył się z małą grupą z PPS i podjął rozmowy z SdRP. Wówczas skierowałem pana Ikonowicza do sądu partyjnego. Został usunięty z PPS. Od tej pory codziennie w TV występował P. Ikonowicz i wypowiadał się jako przewodniczący PPS. Czy to nie dziwne, że nagle nic nie znacząca kilkuosobowa grupa osób podająca się za Partię i jej przewodniczący występuje codziennie w TV. Wówczas zwołałem Radę Partyjną oraz przedstawicieli wszystkich okręgów i podałem propozycję rozwiązania partii. Tak się stało i tak zakończyła się próba odbudowy partii dla Polski zasłużonej. W swoim okręgu oddałem wszystkie deklaracje członkom. Nikt nie przystąpił do Ikonowicza. Ikonowicz miał pieniądze na działalność od komunistów i dostęp do TV. Pozostało przy nim dwa okręgi Katowice i Warszawa. W całym kraju PPS rozwiązała się. Po rozwiązaniu PPS w kraju zwróciłem się pismem do kół emigracyjnych PPS z wnioskiem o wycofanie się ze struktur krajowych, bo "fałszywa PPS Ikonowicza”, będzie to wykorzystywać. Po moim liście ukazało się stanowisko emigracyjnej PPS o wycofaniu się ze struktur krajowych i potępienie za podstępne zabranie nazwy i sztandaru PPS przez ludzi obcych, związanych z Ikonowiczem. W międzyczasie przed tymi wydarzeniami R. Bugaj zgłosił propozycje powołania stowarzyszenia pod nazwą „Solidarność Pracy”. Jego program także był przeciwstawny do Planu Balcerowicza. Wszedłem w skład Komitetu założycielskiego tego stowarzyszenia. Dosyć szybko to stowarzyszenie rozwinęło się, w oparciu o struktury PPS. Kandydowałem z tej listy do Sejmu i zabrakło mi zaledwie ok. 200 głosów do uzyskania mandatu. W jakiś czas po wyborach nagle padła propozycja, aby „SP” połączyła się z grupą byłej PZPR z Poznania i utworzyła „Unię Pracy”. Rozpętała się burza. Członkowie tego stowarzyszenia wywodzili się z „Solidarności” i postawili stanowczo nie! Przyznam, ze bardzo ten pomysł zbulwersował mnie i napisałem list otwarty do wszystkich regionów (byłem członkiem władz), w którym napiętnowałem w sposób bezwzględny „rozgrywki zakulisowe” i koniunkturalne, nie licząc się z ludźmi”. List ten przyczynił się do tego, że zarząd „SP” z Gdańska zwołał nadzwyczajne zebranie władz i przedstawicieli wszystkich regionów do Gdańska. Organizatorzy zaprosili mnie do stołu prezydialnego. Po rozpoczęciu spotkania w momencie rozpoczęcia dyskusji, wszyscy zgłaszający się po kolei przypuszczali bezpośredni szturm na mnie. Gdy kolejny rozmówca atakował mnie za nieprzejednaną postawę, zwrócił się do mnie Przewodniczący Regionu Gdańskiego, abym wreszcie ustosunkował się do tych ataków. Wstałem i odrzekłem jednym zdaniem „nigdy nie przypuszczałem, iż powstanie taka sytuacja, że działacze „Solidarności” będą tworzyć takie ugrupowania, które będzie służyć jako pralnia do brudnych polityków utytułowanych w niechlubnej przeszłości”. W tym momencie przewodniczący zarządził przerwę. W trakcie przerwy podszedł do mnie jeden pan i przedstawił się jako redaktor RWE z ostatniego okresu tj. od 1987r. Powiedział do mnie: „proszę pana, Polska jest pralnią brudnych polityków. W RWE mieliśmy przed koniec lat 80-tych zakaz publikowania wypowiedzi A. Gwiazdy, A. Walentynowicz i innych, którzy nie mogli zgodzić się na wchodzenie w układy z komunistami. Nie wolno nam było nawet przypominać ich nazwisk”. Spotkanie zakończyło się uchwałą zakazującą formowanie z grupą postkomunistów „Unii Pracy”. Pomimo tego zakazu liderzy postępowali inaczej. Wówczas wystąpiłem z „SP”, tak, jak cała rzesza ludzi z kręgu. Nasze miejsce zajęli komuniści. W ten sposób na jakiś czas nie byłem związany z żadną partią polityczną, a wyłącznie działałem w strukturach związku „Solidarność”. Byłem przewodniczącym KZ NSZZ „Solidarność” w ZOZ Krosno oraz członkiem Prezydium Zarządu Regionu Podkarpacie NSZZ „Solidarność” w Krośnie. Uważałem jednak ciągle, że działalność związkowa nie rozstrzygnie o sytuacji politycznej Polski. Działalność związkowa, to działania podejmowane w interesie pracowników, w chwili obecnej, natomiast partia polityczna, opracowuje program rozwoju kraju na dłuższy okres czasu. Opracowane kierunki rozwoju zarówno gospodarczego i politycznego. System państwa, a zwłaszcza jego system prawny, społeczno – polityczny, gospodarczy ma służyć dobru wspólnemu, a nie określonej grupie interesów. W obrębie Zarządu Regionu byłem przewodniczącym Rady Politycznej w Związku. Uważałem, że musi powstać partia, która będzie przełożeniem politycznym związku. Opracowałem pewne projekty i przy pomocy Przewodniczącego Zarządu Regionu, który był równocześnie senatorem RP zorganizowaliśmy takie spotkanie z udziałem przewodniczących i vice przewodniczących regionów z byłej Galicji. Byli na tym spotkaniu przedstawiciele z Bielska Białej, Krakowa, Nowego Sącza, Rzeszowa, Przemyśla i Krosna. Uzgodniliśmy wstępnie, o takich kierunkach utworzenia partii lub organizacji, partii politycznej łączącej małe ugrupowania post – solidarnościowe, poza Unią Wolności. Byłaby to alternatywa wyborcza w nadchodzących wyborach za dwa lata, a był to 1995r. Zebrani uznali, że jeżeli Zarząd ma w tym pomagać, to musi na kolejne spotkanie być zaproszony Przewodniczący związku zawodowego „Solidarność” M. Krzaklewski. W późniejszym okresie powstała koncepcja dalej idąca, aby związek wszedł w te struktury i stał się zwornikiem jednającym ugrupowania. W tym czasie w regionie bezrobocie stawało się coraz bardziej dokuczliwe, a spadek stopy życiowej społeczeństwa był coraz większy. Szykowały się likwidacje dalszych zakładów pracy. Wówczas to, aby uprzytomnić władzy wojewódzkiej oraz zwrócić uwagę społeczeństwa na zagrożenia (plan likwidacji „FABOS”) zaproponowałem zorganizowanie czarnej procesji. W tym czasie nastąpił zamach terrorystyczny na naszą siedzibę Zarządu Regionu przy ul. Czuchy. Ktoś w nocy włamał się do nie pilnowanego obiektu i odłączył rurę z gazem o średnicy ¾ cala wewnątrz budynku. Do rana obiekt był cały napełniony gazem. Na szczęście osoba otwierająca drzwi była osobą niepalącą, a w budynku nic nie było podłączone do prądu. Według ekspertów gdyby nastąpił wybuch wyleciałyby w powietrze także obiekty sąsiadujące z tym budynkiem oraz WDK w Krośnie. „Sprawców nie znaleziono”. Czarna procesja przeszła przez całe miasto, na czele niesiono sztandary „Solidarności”, za nimi niesiono czarną trumnę z napisem „upadłe zakłady to wasze dzieło”. Za trumną sam niosłem „grubą kreskę”, a w dalszej kolejności niesiono 17 czarnych trumienek z nazwami zakładów, których już nie ma, a za tymi portretami niesiono 17 czarnych chorągwi. Na całej trasie towarzyszyły nam oklaski przechodniów, a na ulicy Staszica także brawa z okien kamienic. Pod Urzędem Wojewódzkim odczytałem historię protestów robotniczych i studenckich, z wszystkich lat powojennych: 1945, 1956, 1968, 1970, 1976, 1981 oraz apel o zaprzestanie działań na szkodę narodu polskiego. W tym czasie Prezydium ZR skierowało doniesienie do prokuratury na Wojewodę Krośnieńskiego za to, iż firmie Pro Inwest wypłacił 6 mld st.zł. za likwidację „Lnianki”. Odbyło się to bez echa. Koalicja SLD – PSL zgłasza propozycje NFI, a „Solidarność” propaguje powszechnego uwłaszczenia. Propaganda zaczyna manipulować społeczeństwem. Zwolennicy powszechnego uwłaszczenia nie mogą się przebić ze swoim programem, albo jest przedstawiany w TV w sposób spaczony. Przeciwnicy uwłaszczenia społeczeństwa, a równocześnie zwolennicy NFI tj., SLD, PSL i UW wykorzystują swoją dominację w TV i robią co chcą ze świadomością obywateli. Krótko mówiąc ogłupienie narodu narobiło niespotykanych rozmiarów. „Solidarność” postanawia dotrzeć do ludzi w sposób bezpośredni. Zostałem jednym z organizatorów tych spotkań mających na celu przedstawienie społeczeństwu celu oraz korzyści z uwłaszczenia. Swoje prelekcje wygłosiłem na terenie gminy Korczyna w takich miejscowościach, jak: Korczyna, Kombornia, Wola Komborska, Węglówka, ...... itd. Na spotkania w zimie nawet w nie ogrzewanej sali przychodziło sporo ludzi. Dyskusje toczyły się od 2 do 3 godzin. Trzeba było wiele wyjaśniać z przeszłości, dlaczego był stan wojenny, okrągły stół , itd. oraz dlaczego władza popierała NFI, kto będzie mógł z tego korzystać, i czyim kontem. W wyniku referendum w gminie frekwencja wyniosła 67% i zdecydowanie za uwłaszczeniem. W kraju niestety frekwencja była poniżej 50%, cała szansa przepadła. Władza zrobiła swoje. Biedni emeryci kupowali świadectwa NFI za 20 zł. po to, by dzisiaj wyrzucić je do kosza. Społeczeństwo zostało po raz kolejny oszukane. W tym czasie, także ówczesny parlament zatwierdza Konstytucję, która zawiera zapisy niebezpieczne dla społeczeństwa. Próby storpedowania tej Konstytucji także nie powiodły się. Czy ten naród musi uderzyć twarzą o bruk, aby oprzytomnieć ? Powstaje AWS. W krośnie partie polityczne oraz „Solidarność” podpisują deklarację założycielską. Jako jeden z przedstawicieli „Solidarności” zgłaszam wniosek, aby w deklaracji umieścić zapis o tym, że „jakiekolwiek formy współpracy z UW będą przekreśleniem idei AWS”. Propozycję moją poparł ST. Zając, jako przedstawiciel ZChN i zapis ten zostaje umieszczony. Zostałem przewodniczącym zespołu koordynacyjnego do tworzenia struktur AWS w terenie. Organizacja rozwija się szybko: Tworzona jest lista kandydatów do Sejmu i Senatu oraz kolejność na liście. Wcześniej zostałem członkiem Rady Programowej AWS z zakresu Ochrony Zdrowia w Warszawie. Ponieważ wcześniej pracowałem nad tym problemem, mogłem wnieść pewne uwagi do samego programu, a także do przygotowywanych już przyszłych ustaw. W wyniku ustaleń „Solidarności” przedstawiono moją osobę jako pierwszego na liście kandydatów do Sejmu. Buntował się ZChN, który zaproponował na to miejsce ST. Zająca. Na tym tle powstał nawet pewien pat w trakcie zatwierdzania listy. Przyznaję, że ST. Zając był już posłem przez dwa lata, a później wygrał wybory do Sejmu, ale nie uzyskał mandatu, ponieważ jego partia nie przekroczyła progu. Uznano, iż On może lepiej „pociągnąć listę”. Po dłuższej analizie, „zysków i strat” postanowiłem dobrowolnie zrzec się pierwszego miejsca na liście na rzecz St. Zająca z zastrzeżeniem, że na trzecim miejscu musi być także kandydat „S”. Przełamało to spory i prace poszły szybko naprzód. W wyniku wyborów zabrakło mi do uzyskania mandatu 109 głosów. Gdybym był na I miejscu być może uzyskałbym mandat. ST. Zając zdobył odpowiednią ilość głosów, co później pozwoliło mu zostać Vice Marszałkiem Sejmu. Kalkulując na zimno, sądzę, że to rozwiązanie było dla regionu lepsze, ponieważ jako Vice Marszałek mógł więcej zdziałać. Po wyborach „Solidarności” postanowiła zbudować własną partię, która byłaby jej politycznym zapleczem – Ruch Społeczny AWS. Walne Zebranie Delegatów „Solidarności” Regionu Podkarpacie mnie powierzyło tworzenie struktur tej partii na Podkarpaciu. M. Krzaklewski jako Przewodniczący AWS i „S” udzielił mi pełnomocnictwo. Struktury partii zacząłem budować od powołania Komitetu Organizacyjnego z równoczesnym budowaniem struktur młodzieżowych tej organizacji. Później zostałem wybrany do Krajowej Rady Politycznej tej partii. Znowu idea przy tworzeniu była inna, a później w realizacji znowu spaczono jej charakter, zwłaszcza po parlamentarnych wyborach w 2001r. i tak znów zostałem bezpartyjny. |