Studia i polityka

W 1970r. rozpocząłem studia na AM w Krakowie na wydziale stomatologii.

Mieszkałem w tym czasie w akademiku męskim dla studentów AM na ul. Racławickiej. Znowu nowe środowisko, nowi koledzy i nowe obyczaje życia studenckiego. Pierwsze miesiące nauki w zupełnie innym stylu, nauka nocami z trudnych przedmiotów anatomii i histologii. Życie studentów I-go roku to wykłady, seminaria, kolokwia i nocna nauka. Nadszedł grudzień. Jednego dnia zgromadzeni na sali wykładowej w zakładzie anatomii oczekujemy na wykład. Na salę wchodzi jednak nie wykładowca, ale ktoś inny i oświadcza. Wykładów dzisiaj nie będzie, jedźcie prosto do domówi do akademików, ponieważ jesteście studentami I-go roku i łatwo wylecicie ze studiów. Nikt z nas nie miał pojęcia, o co chodzi, ani też nic więcej nam nie powiedziano. Wracając z zajęć z ul. M. Kopernika zawsze szliśmy przez Rynek i na rogu ul. Karmelickiej i Staszewskiego siadaliśmy do tramwaju jadącego w kierunku ul. 18 stycznia. Weszliśmy z kilkoma kolegami na Rynek i w tym momencie ze strony ul. św. Anny, Pl. Szczepańskiego oraz od Placu Dominikańskiego zaczęły wlewać się tłumy studentów, a za nimi konwoje milicji i w ten sposób milicja zamknęła wszystkie wyjścia z Rynku. Rynek zapełniony był tłumami, a na pomniku A. Mickiewicza ulokowała się grupa studentów i wszyscy  skandują: Adaś, Adaś. Sytuacja ta przeciąga się w czasie. Co jakiś czas słychać przez megafony nawoływania milicji do rozejścia się. Trudno było się rozejść tym bardziej, że kto zbliżył się do milicji, został łapany i zamykany do „suki”.

Przy wylocie na ul. Sienną oraz przy wyjściu na Plac Dominikański stały ustawione armatki wodne. Po dłuższym czasie milicja przystąpiła do szturmu, używając armatek wodnych. Silny strumień wody, potrafił wybić szyby i niwelować wystawy. Reakcja tłumu była natychmiastowa – kontratak. W pobliżu restauracji „Wierzynek” rozbierano chodnik. Wystarczyło wyłamać jedną płytę chodnikową,  postawić na sztorc, a drugą uderzano o nią na płasko. I tak powstawały dwa naprędce, a następnie cztery kawałki i w tak wyprodukowanymi kawałkami atakowano milicję. Linia frontu przesuwała się raz w kierunku Placu Dominikańskiego, raz w kierunku rynku. Bitwa rozgorzała na dobre. W tej atmosferze walczącego tłumu człowiek nie myśli racjonalnie. Jest pewien, że jemu nic się nie stanie i gotowy pójść na karabiny maszynowe, a zaciekłość narasta z każdą chwilą. Milicja ściągnęła posiłki, dodatkowe armatki wodne i użyła zmasowanego ataku gazem łzawiącym. Wtedy zaczął się odwrót. Kolega „Krakus”  krzyczy do mnie, za mną, przez jakieś przejścia wydostaliśmy się z oblężenia i wsiedliśmy do tramwaju. Gaz żarł oczy, łzy lały się potokiem. Jadąc ulicą Karmelicką zauważyłem jak chodnikiem szła starsza pani i wymownie splunęła pod nogi przed nadchodzącym milicjantem. Ten walnął ją pałą przez plecy. Staruszka upadła. Na to zdarzenie nadchodzili dwaj komandosi. Wzięli milicjanta pod pachy do bocznej bramy i gdy już tramwaj ruszył z przystanku, zdążyłem jeszcze zauważyć jak milicyjna czapka wytoczyła się z bramy na chodnik. Wyskoczyłem z tramwaju i szedłem w stronę naszego akademika. Zauważyłem jak od strony ul. 18-tego stycznia pędzi samochód pełen milicji, a od strony ul. Wrocławskiej samochód z komandosami i skręcają przed nasz akademik. Pierwsi wyskoczyli komandosi z samochodu i zatarasowali wejście do akademika milicji. Prawdopodobnie miała nastąpić pacyfikacja naszego akademika i jakieś nieznane siły starały się temu zapobiec. W akademiku wrzało jak w ulu. Cały obwieszony antykomunistycznymi i antysowieckimi hasłami. Gdyby wtedy weszła tam milicja doszło by do masakry. Wszedłem bez przeszkód do środka, a milicja odjechała. Wtedy w tej podniosłej atmosferze dosyć łatwo, chociaż nie do końca można było rozróżnić, „kto jest kto”. Tak powstawała więź polityczna tych, co mieli inne od oficjalnego spojrzenia na rzeczywistość Polską.

Na drugi dzień przyszedł ukaz, że mamy opuścić akademik i wyjechać do domów. Oczywiście w nocy nadsłuchiwaliśmy Radia Wolna Europa, czy mówią o tych naszych wydarzeniach w Krakowie. Wtedy dowiedzieliśmy się, że prawdziwe protesty są na Wybrzeżu. Gdy przyjechałem do domu, była radość, bo któraś z rozgłośni zachodnich podała o rozruchach w Krakowie i martwili się o mnie. Słuchamy RWE na okrągło. Oficjalnie propaganda mówi o „warchołach” „o płatnych agentach zachodniego militaryzmu” i tym podobne bzdury. Wreszcie oficjalne oświadczenie Cyrankiewicza o użyciu broni palnej. 15-go grudnia 1970r. doszło do masakry na wybrzeżu. Poczucie przygnębienia udziela się wszystkim, którzy korzystają z rozumu, a nie reagują na zasadzie posłuchu dla propagandy służącej właścicielom „Polski Ludowej”.

Z RWE dowiaduję się, że wśród zamordowanych są także uczniowie. Trudno to wytrzymać. Zmieniają W. Gomółkę na E. Gierka i słynne „pomożecie”. W sklepach pojawia się kiełbasa, mięso i inne produkty, których nie było. Życie toczy się dalej.

Trudno opisać zabawne zdarzenia z życia studentów, bo było ich dużo, ale wspominam o „juwenaliach”. Wtedy studenci „rządzili” miastem. Pamiętam, że na rynku ustawiliśmy symboliczny punkt sanitarny, tam udzielaliśmy „pomocy” schwytanym przechodniom. Stosowaliśmy lewatywę z alkoholu, po której delikwent był "urżnięty", ale po kilku minutach mu przechodziło. Byli ochotnicy do powtórnego"zabiegu". W tym czasie propaganda odniosła „sukces”, bo udało się agenta Czechowicza ulokować w RWE. Idąc w marszu z pochodniami ostatniego wieczoru juwenaliów tłum śpiewał: „Mieczysław Czechowicz naszym przyjacielem jest, M. Cz. naszym przyjacielem jest, glorii, glorii alleluja, ale z niego kawał h.....ja” Różne napisy można było czytać, jakie nosili na sobie studenci, np. na klatce piersiowej napis „nie lubię ruskich”, a na plecach „pierogów”, albo transparent „wszystko mięso wysłali ruskim", na przodzie, "bo im się należy”, na plecach,  albo "ZSRR to bratni kraj, bo przyjaciela można sobie zmienić”.

Po juwenaliach dalszy ciąg  „grudnia „. Wzywano nas na przesłuchania przy Pl. Wolności, bo tam znajdowała się siedziba „właściwych służb”.

Drugi rok studiów jest jeszcze trudniejszy od pierwszego. Taką „kobyłą” była fizjologia. Kierownikiem katedry był profesor Z. Wcisło, który nakręcił kolorowy film pt. „ Praca serca”, umieszczając mikrokamery w sercu żywego psa. Był to znakomity film pokazujący pracę serca od wewnątrz. Oglądać mogli go tylko studenci AM w Krakowie. Władze nie chciały od niego tego filmu kupić, Prof. Wcisło jako „wieczny” docent nie był prawomyślny w stosunku do władzy ludowej. Kupili ten film Francuzi, a potem Polska odkupiła go od Francuzów i był pokazywany jako dodatek w kinach.

Po nim kierownictwo katedry przejął prof. Zdzisław Konturek, którego nazywaliśmy „Dżerardem”, od serialu „Ścigany”. Gdy prof. wchodził czasami na zajęcia praktyczne z fizjologii, gdy kroiliśmy żaby, upatrzoną przez siebie osobę pytał do skutku, aż ją „ulał”. Z tego powodu, gdy wchodził wszyscy wiali jak mogli, aby nie stać się jego ofiarą. Ponieważ na środku sali był długi stół z obejściem wokół niego, gdy prof. wchodził i zaczął iść, wszyscy chowali się za jego plecami i powstała taka sytuacja, że On szedł pierwszy, a cały sznurek za nim. Gdy się odwrócił, błyskawicznie odwracali się wszyscy przyspieszając kroku i znowu On był pierwszy w pochodzie. Jeżeli chodzi o wiedzę, był wybitną postacią i prowadził znakomite wykłady.

Sesję egzaminacyjną po II-im roku ukończyłem najwcześniej. Wówczas panowała moda rzucania jajami do budynku naprzeciwko, który był akademikiem dla studentek Akademii Rolniczej. Jeden z kolegów ze starszego roku nagrał na taśmę początek programu dla rolników z piejącym kogutem, pt.: „Rolniczy kwadrans”. O godz. 3.00 rano ustawiał kolumny na parapecie w stronę ich akademika i puszczał na cały regulator wstęp nagrany z radia, a następnie sam wygłosił im wykład o postępie w rolnictwie. Ponieważ kilku kolegów i ja byliśmy już po sesji, namiętnie graliśmy w brydża. W pokoju wówczas mieszkałem sam, bo koledzy już wyjechali, a ja odbywałem praktykę wakacyjną.

III piętro zajmowały dziewczyny, a ja mieszkałem na drugim. Jednego wieczora gramy w karty i wchodzi kolega nic nie mówiąc. Podchodzi do okna , staje na parapecie i rzuca hakiem jajo do pokoju nad moim. Po chwili ciszy słychać pisk koleżanek. On zwiał, a ja zostałem winowajcą, ponieważ pozostali też wyszli. Solennie przyrzekałem, że to nie ja, ale one nie przyjmowały moich wyjaśnień i poprzysięgły zemstę. Od tej pory nie mogłem wywietrzyć pokoju. Były w zmowie z „rolniczkami” z naprzeciwka i jak tylko lekko uchyliłem okno, tamte dawały im sygnał, a one od razu waliły jajami i polewały wodą. Było lato, a okno miałem od południowej strony. Prowadzone przeze mnie pertraktacje nie dawały żadnego skutku. Próby odgrażania się z mojej strony lekceważyły śmiechem. Nie miałem wyjścia. Około godziny 4.00 nad ranem podłączyłem gumowego węża do kranu na ich piętrze w łazience, a drugi koniec położyłem na progu i lekko odkręciłem kran. Przez szpary pod drzwiami woda lekko zaczęła wlewać się do ich pokoju. Po pewnym czasie mogły spokojnie łowić ryby. Po tym incydencie zawarliśmy „pakt o nieagresji”. Swoimi kanałami dowiedziały się, kto był prawdziwym sprawcą rzutu jajem i całą swoją złość przerzuciły na niego (a baby są zacięte). Co przeżył to jego.

Trzeci rok jest rokiem najłatwiejszym no i człowiek czuje się pewniej, bo dwa pierwsze lata zaliczone. Na tym roku był jednak jeden przedmiot szczególny „podstawy nauk politycznych”. Prowadził je pewien osobnik, który miał wąską specjalizację z „PPR”. Kariera jego była szczególna. Gdy ja byłem na I-m roku, on był doktorem, gdy ja na II-gim on był już docentem, a gdy na III–m roku, prowadził z nami wykłady był już Profesorem. "Wybitnie zdolny". Prof. Zenobiusz K. nie miał frekwencji na wykładach, ponieważ masowo studenci lekceważyli ten przedmiot, a studenci obcokrajowcy byli z niego zwolnieni. Miał charakterystyczną łysinę, tzn. 4 kępki włosów, tak że łysina układała się w kształt krzyża. Mówiliśmy, że to kara Boża. Jednego razu wypadł z grafika jakiś wykład i w to miejsce był wprowadzony wykład z Podstaw Nauk Politycznych. Ponieważ zaraz potem był ważny wykład, siedzieliśmy na sali. On coś mówił, a my graliśmy w „kółko i krzyżyk”. Gdy Zenobiusz K. kończył wykład, zapytał, czy są jakieś pytania. W tym momencie wstaje niespodziewanie kolega, Grek, z którym grałem z kółko i krzyżyk i stawia pytanie: „jakie ostatnio były rozruchy na wyspach Langerhansa?” Parsknąłem śmiechem, inni także dławili się od śmiechu. Dla nie wtajemniczonych wyjaśniam, że są to wysepki komórek w trzustce. Wykładowca nie mógł o tym wiedzieć, dlatego po chwili milczenia stwierdził, że nie wie, ale na następnym wykładzie przedstawi jak to wygląda. Na ten wykład przyszedł cały rok, ale gdy wykładowca nie mówił o tych rozruchach na wyspach Langerhansa towarzystwo zaczęło się nudzić i rozrabiać. Wówczas prof. Zenobiusz K. wykrzyknął: „rozrabiacie, lekceważycie, wyspy o Langerhansa się pytacie, ja was wszystkich doprowadzę do "zielonego stołu” tzn. do egzaminu komisyjnego. Jak obiecał, tak uczynił. Na egzamin wchodziło się po 5 osób. Pierwsze pytanie skierował do mnie: „co pan powie o krajach III świata” Odpowiedziałem: „jest to teren, gdzie ZSRR walczy o wpływy ze Stanami Zjednoczonymi”. Wrzask: „mówi pan jak Wolna Europa”. Wstawił pałą mnie i moim kolegom bez pytania. II-i termin. Wchodzimy w piątkę. Pytanie kieruje do mojego kolegi, treści nie pamiętam, tylko tyle, ze kolega bił pięścią w stół i wylecieliśmy wszyscy z pałami. Będzie więc egzamin komisyjny. Przyznaję, że o mało mnie nie trafiło. Gdyby nas oblał na komisie, to przez głupią indoktrynację polityczną trzeba będzie powtarzać III-ci rok! Wtedy dałem swoim kanałem(dziś mogę zdradzić, poprzez kolegę obcokrajowca, polskiego pochodzenia z Argentyny) cynk do RWE. Radio grzmiało o politycznym prześladowaniu studentów w Krakowie. Komis zdali wszyscy.

W tym czasie sekretarz partii na uczelni chciał się wykazać. Był wtedy asystentem na uczelni. Postanowił podnieść „upartyjnienie” wśród studentów. Zwoływano nas nie rocznikami, ale po kilkudziesięciu równocześnie z różnych roczników. Wchodzący pojedynczo starali się wyłgać od wstąpienia do PZPR. Tłumaczyli, że są wiernymi, chodzą do kościoła, pokazywali medaliki, ale to nie skutkowało. „Możecie chodzić do kościoła, to wasza sprawa” – odpowiadali i nadal presja, aby się wpisać. Jeden z kolegów stwierdził, że wpisze się nieco później, bo właśnie jest na etapie dojrzewania i studiuje dzieła Lenina. Argument został przyjęty, co mnie rozbawiło, ponieważ On na pewno na oczy nie widział tych dzieł, a na pewno by tego nie przeczytał.

Postanowiłem, że przyjmę jego wersję obrony, gdy przyjdzie kolej na mnie.  Przede mną wszedł kolega ze starszego rocznika Janusz M., zaciekły antykomunista i dłuższy czas nie wychodził. Po jakimś czasie otwierają się drzwi, wychodzi kolega przypominający swoja postawą psa winowajcy z podkulonym ogonem. Za nim wypada jeden z prodziekanów i wrzeszczy, że zostanie wylany z uczelni i dostanie „wilczy bilet”. Agitację na tym etapie zakończono i tak ominął mnie ten „zaszczyt”. Okazało się później, że gdy namawiali Janusza M., a on z uporem odmawiał , ktoś, aby mu pomóc w podjęciu "słusznej" decyzji zapytał, „a czy u was w rodzinie był ktoś w partii?”. Tak, odpowiadał kolega – „mój dziadek”. „A co to była za partia?”. „On miał taką partię, że żadne wesele w okolicy nie odbyło się w spokoju”.

Został zawieszony w prawach studenta na rok, z równoczesnym cofnięciem go o jeden rok do tyłu. Stracił dwa lata i przeszedł katusze, aby ukończyć te studia. Gdy otrzymał dyplom następnego dnia uciekł z kraju.

Jednej nocy dotarł do nas ogromny huk, jakby z Nowej Huty. Coś się poważnego stało chyba w zakładzie. Wsiedliśmy w tramwaj i jedziemy. W Nowej Hucie pełno milicji. Ktoś podłożył ładunek wybuchowy pod pomnik Ilicza Lenina i biedakowi urwało rękę. Rękę dokleili i patrole milicyjne pilnowały, aby mu się coś nie stało.

W tym czasie odbywały się także wojny krzyżowe w Nowej Hucie, w miejscu, gdzie miał stać kościół. Milicja krzyż usuwała, a mieszkańcy go stawiali.

Jednego dnia, gdy przechodziliśmy przez Rynek z zajęć, byłem świadkiem niesamowitego zdarzenia. Na brzegu Rynku niedaleko miejsca, gdzie składał przysięgę T. Kościuszko, do słupków z łańcuchami blokującymi przejście, jakiś mężczyzna przywiązał się łańcuchami, zapiął je na kłódkę, a klucz odrzucił. Następnie sięgnął po zbiornik z benzyną i oblał się. Wtedy krzyczał, że on już dłużej tego nie wytrzyma, tego fałszu i tej obłudy, tej niewoli, w Katyniu zabili mu ojca i wreszcie podpalił się. Był to widok jakiego nie zapomnę do końca życia, ten płonący człowiek z postawionymi w płomieniach na sztorc włosami i ta woń ...

Nadjechała milicja i rozpędziła nas. Po jakimś czasie w tym miejscu zaczęto układać systematycznie krzyż z kwiatów, który był przez milicję niszczony.

Było lato i mieliśmy praktyki wakacyjne. Pamiętam, ze był upał. Jednego dnia wpada kolega i krzyczy. Chodźcie szybko, jedziemy do Nowej Huty, Lenin zmartwychwstał. Dojeżdżamy i co się okazuje? Ktoś wysmarował go miodem. Wszystkie muchy i pszczoły zleciały się do Lenina i z dalekiej odległości powstało złudzenie od tego roju, że Lenin się rusza. Zabawny to widok, tym bardziej, że obok stał oparty stary rower, taka „talaga”, co sprawiało wrażenie, że właśnie na nim przyjechał. Milicja oczywiście też już była.

Maszyna do pisania była niezwykle groźną bronią, która mogła zniszczyć „podwaliny ustroju socjalistycznego” oraz zburzyć cały „blok” państw socjalistycznych. Z tego powodu była pod nadzorem szczególnym i nie mógł byle kto mieć jej w domu. W urzędach była zamykana.

Jednego razu idąc z kolegą do dziekanatu, wchodzimy do sekretariatu, a tu nie ma nikogo, a na stole stoi maszyna i ma wciągnięte na wałek trzy kartki papieru z kalkami, przygotowane do pisania. Kolega pilnował drzwi, a ja wskoczyłem za biurko i jednym palcem wystukiwałem „precz z komunizmem”. Napisałem tak trzy razy wyciągnąłem kartki z maszyny i zwialiśmy. Co teraz z tym zrobimy? Był to rok 1974r. Pocięliśmy nożyczkami na paski i tak powstało dziewięć „ulotek”. Kolega jechał jedną trasą tramwajem, a ja drugą. Na każdym przystanku wysiadałem i oczekiwałem na następny tramwaj. Gdy nadjeżdżał posmarowałem papier klejem roślinnym i przyklejałem do czegokolwiek i wskakiwałem do tramwaju. Tak samo robił kolega. Cała akcja nie miała jakiegoś szczególnego celu. Miała to być taka złośliwostka zrobiona władzy. Na drugi dzień wsiedliśmy z kolega do tramwaju i pół śpiący stoimy trzymając się poręczy. Nagle słyszę, jak siedzące dwie starsze panie rozmawiają szeptem i jedna do drugiej mówi: „słyszała pani, wczoraj podobno rozplakatowali po całym mieście napisy „precz z komunizmem”. Spojrzałem na kolegę, który jak oniemiały stał i miał minę bohaterską i przerażoną zarazem. Nie wiem jak wyglądała moja, ale też była chyba nie szczególna. Poszliśmy do kawiarni i przyznaliśmy rację władzy, że skoro broni dostępu do maszyny, to wie co robi. Incydent ten przekonał mnie, że ustrój ten nie ma szans przetrwać, bo generalnie jest oczekiwanie, aby go zniszczyć. Na studiach mieliśmy także wojsko, na którym były zajęcia medyczne z zakresu medycyny polowej, na wypadek wojny oraz oczywiście także zajęcia polityczne.

Na 5 roku zajęcia były prowadzone w formie zblokowanej, tzn. przez tydzień było tylko wojsko, później przez dłuższy czas mieliśmy z tym spokój. W tym czasie było mniej nauki i więcej czasu na brydża, co skutkowało nieprzespanymi nocami i ogromną sennością w czasie zajęć z wojska. Jednego razu mieliśmy wykłady z polityki, które prowadził pewien pułkownik. Przyznaje, że siedziałem niewyspany powieki nie dałby się podeprzeć nawet zapałkami ale „jednym uchem” słyszałem te bzdury, jakie opowiadał. Przy końcu wykładu stwierdza, czy są jakieś pytania? W sposób bezmyślny chyba podparty nieustannym buntem wewnętrznym wypaliłem machinalnie: „Kto wymordował polskich oficerów w Katyniu?” Zapadło głuche milczenie, a ja sam usłyszałem swój głos, jak złowieszcze echo. Był to rok 1975., „Odpowiem na następnym wykładzie”, odrzekł. Na przerwie koledzy mnie ochrzaniają: „czyś ty zwariował; chcesz sobie życie zmarnować, oni ci tego nie przepuszczą, itd. ...” Na następnym wykładzie pułkownik przychodzi na wykłady z dużą ilością przeróżnych materiałów. Odnośnie Katania wyjaśnia, ze zrobili to Rosjanie, ale dlatego, że źle zrozumieli rozkaz Stalina, który wydał polecenie o likwidacji obozu, on chciał żeby wypuścić, a wykonawcy zrozumieli o fizycznej likwidacji i ZSRR teraz się tego wstydzi. Na tym samym wykładzie pułkownik pokazuje dane o tym, że referendum 3 x tak w 68% było przez mieszkańców Krakowa odrzucone, a władza je sfałszowała. Szok. Tego nikt się nie spodziewał, a tym bardziej ja.

Po ukończeniu studiów miałem zostać asystentem na klinice chirurgii szczękowej. Wszystkie dokumenty zostały skompletowane. Kierownik kliniki także zadowolony, bo miał za dużo kobiet. Przychodzę „dopiąć” sprawę. On przegląda dokumenty i stwierdza: „no ale tu nie ma potwierdzenia o przynależności partyjnej. No bo nie należę – odrzekłem. Oj to niedobrze, bo przynależność musi być, ale jakoś to załatwimy przez to, że poświadczę, iż kończy się okres tzw. „kandydowania na członka” i załatwię wpis do PZPR. Ale ja nie chcę. Jak to, bez tego nie może pan być asystentem. To nie będę. Profesor stwierdza, proszę się nad tym zastanowić, do roku czasu może pan jeszcze zmienić zdanie, i wtedy przyjmę pana do kliniki, później już nie.

  Free joomla layouts

Licznik odwiedzin

Darmowy licznik odwiedzin