Szkoła

Urodziłem się w 1949r. i jak się okazało był to niewłaściwy czas. Polska była pod okupacją sowiecką, w której panował terror stalinowski. Mordy polityczne,  więzienia i zsyłki. Dorastałem w atmosferze schizofrenicznego podziału polski na: z jednej strony oficjalne abstrakcyjne państwo socjalistyczne, z drugiej część „ukrytego” w podziemiu społeczeństwa żyjącego w oficjalnym kłamstwie i nieoficjalnej prawdzie, szeptem wypowiadanej w rodzinach, w których przechowywano narodowe: wartości, tradycję, kulturę i obyczaje.

Wieczorami, gdy przychodzili znajomi i krewni, aby prowadzić „nocne Polaków rozmowy” . Udając głęboko śpiącego z wielkim zaciekawieniem podsłuchiwałem szeptem wypowiadane wspomnienia o Polsce przedwojennej, niezwykłych wydarzeniach z życia partyzantów w czasie wojny oraz prawdę o istniejącej sytuacji w Polsce, o tych, co donoszą, o podsłuchujących pod oknami ubekach, o tym kogo zamknęli i za co, kogo zamordowano, o kolektywizacji, o prześladowaniu kościoła itd.

Schowane w szafie radio na słuchawki włączał ojciec późnym wieczorem i ze zdziwieniem patrzyłem jak ojcu momentami jaśniała twarz, a w oczach pojawia się nadzieja. Byłem niezwykle ciekaw, co On takiego słyszy, że tak reaguje. Matka przyłapała mnie na tym, jak podglądałem ojca i zdecydowanie nakazywała, abym nikomu o tym nie mówił, bo ojca zamkną i nigdy nie wróci. Pamiętam jak po tym fakcie nastąpiła dłuższa narada ojca z matką, skutkiem, której zniszczono niektóre pamiątki rodzinne, także zdjęcia, wśród których jak się później dowiedziałem, było zdjęcie B.A. Jędrzejowskiego z Józefem Piłsudskim.

Chodziłem wtedy już do II-ej klasy szkoły podstawowej, czyli był to 1957r. W tym też roku zmarł mój dziadek, który wcześniej opowiadał mi jak żyją ludzie w innych krajach, bo wcześniej był dwa razy przed wojną w Stanach Zjednoczonych. Wycofano naukę religii ze szkół i zakazano modlić się przed lekcjami, a na ścianach w klasie wisiały portrety W. Gomółki i A. Zawadzkiego. Na lekcji podawano nam jako przykład do naśladowania chłopca radzieckiego, który doniósł na własnych rodziców, których zamknięto w obozie, ponieważ wypowiadali się źle o Związku Radzieckim. Teraz "uczą ich tam prawdy, aby nie żyli w błędzie". Ta obywatelska postawa miała być przez nas naśladowana. Na lekcji był obecny jakiś „kurator” i włączył się z zapytaniem „a teraz, kto z was, powie mi co robią Wasi rodzice w wolnej chwili i co mówią na nasz kraj”. "Podoba im się czy nie".

Wtedy przypomniały mi się ostrzeżenia matki. Opanował mnie ogromny strach aby przypadkiem coś niechcący nie powiedzieć!

„A może ty”, zwrócił się do mnie, bo pewnie zauważył moje dziwne zachowanie. Powiedziałem wtedy szybko „przepraszam, ale muszę do ubikacji”. Tam opanował mnie dziwny szloch, tak, że nie mogłem się uspokoić chyba nerwowa reakcja. Gdy wszedłem do klasy, nikt mnie o nic nie pytał i mówiono o czymś innym. Powiedziałem o tym w domu. Co powiedziałeś? Zapytała z przerażeniem matka? – nic nie odpowiedziałem, a inne dzieci? – nie wiem, bo wyszedłem z klasy„Pamiętaj, nigdy nikomu nie mów co robi się w domu, kto do nas przychodzi, o czym mówią i tak dalej". W jakiś czas potem Ojciec poinformował mnie, że zamknęli ojca koleżanki z mojej klasy, bo jego córka na lekcji powiedziała, że słucha wieczorami radia. Widocznie było to wtedy gdy wyszedłem z klasy. W parę dni później wieczorem rodzice usiedli razem ze mną i powiedzieli: tatusia Basi wypuścili z więzienia ale On teraz na pewno będzie musiał im donosić na sąsiadów, dlatego gdyby cię Basia o coś pytała, to nic jej nie mów, nawet gdyby ci się wydawało, że to coś błahego. Po tym fakcie mogłem już być podczas rozmów i nawet zadawać pytania. Dlaczego tak uczą w szkole, dlaczego nie  wolno nosić medalika na szyi, dlaczego w szkole uczą, że nie ma Boga, że nie wolno wieszać krzyży na ścianach, a na religii jest inaczej itd. Był to początek edukacji  historycznej, politycznej i religijnej zarazem. Tej odmiennej od oficjalnej. To właśnie wtedy zaczął się proces mojego rozwoju, innego spojrzenia na rzeczywistość jaka mnie otaczała. To wówczas zacząłem uczestniczyć w życiu społeczeństwa żyjącego w podziale na oficjalne kłamstwa i nieoficjalną prawdę. Odraza dla tych, co głoszą kłamstwo stawała się coraz większa, a do tych, co nakazywali w nią wierzyć, wzrastało uczucie pogardy. Wtedy zacząłem coraz bardziej obserwować ludzi i ich zachowania, pod kątem tego, do której części społeczeństwa należą. Tych, co głoszą kłamstwo, tych, co nie wierzą, oraz tych, co należą do innej grupy społecznej, oficjalnie wierzą, a nieoficjalnie piętnują i prostują kłamstwo. Pod koniec siódmej klasy, gdy wracałem ze szkoły, dołączył do mnie dobry znajomy, Stanisław W., którego uznawałem za swojego. W trakcie rozmowy, pyta mnie, gdzie idę do szkoły.  Zamierzałem dostać się do L.O. w Jaśle, bo tam jest wysoki poziom i będę wtedy mieszkał w internacie. W szkole tej uczył się już mój kolega o rok starszy. A ojca będzie na to stać? Nie wiem, liczę na stypendium, a jak nie to pójdę do wieczorowej. Wtedy pada propozycja. Widzisz, ja ci poradzę jak można łatwo zarobić i uczyć się. Wstąp do ORMO i zawsze będzie ci łatwiej. Wtedy ormowiec kojarzył mi się z tym, co stoi na drodze i daje mandaty, gdy ktoś nie ma świateł przy rowerze. Jak będę stał na drodze, to kiedy będę chodził do szkoły, kiedy będę się uczył? Wtedy znajomy poduczył mnie, że wcale nie muszę, tylko od czasu do czasu zeznam mu co robią koledzy i za to ci zapłacą. A ty należysz – tak i podał mi jakąś legitymację. Szybko przebiegłem w myślach, czy mu się kiedy z czegoś nie zwierzyłem, ale chyba nie.

Zastanowię się nad tym, odpowiedziałem. W domu opowiedziałem o tym rodzicom. Ojciec stwierdził: od dawna go podejrzewałem, bo za bardzo był o wszystko ciekawy „gówniarz”. A jak mężczyźni stali po Mszy Św. pod kościołem i rozmawiali w grupach, to podchodził od jednych do drugich i podsłuchiwał. Inni też go podejrzewali. Później wyszło jeszcze kilka innych spraw, w których on „maczał palce”.

W tym czasie ojciec kupił normalne radio „Promyk” i mogłem z nim słuchać Radia „Wolna Europa” i BBC Londynu. Nie było telewizora. Coraz częściej, gdy wracałem ze szkoły, mówiłem co uczą i pytałem, czy to jest prawda. Tak stopniowo zaczynałem uczyć się odróżniać kłamstwo od prawdy. Przekazywane informacje przez zachodnie rozgłośnie jeszcze bardziej przekonywały o tym, że państwo socjalistyczne budowane jest na kłamstwie. To z tych rozgłośni zaczynałem uczyć się prawdziwej historii, o Katyniu, wojnie polsko – bolszewickiej i „cudzie nad Wisłą”, o J. Piłsudskim, o losie Powstania Warszawskiego, o stojącej za Wisłą Armii Czerwonej, która oczekiwała, aż Niemcy wymordują Warszawiaków,  fałszywej lubelskiej PKWN, o sfałszowanych wyborach i sprawach referendum 3 x tak, o wydarzeniach w oficjalnej historii pomijanych lub przekłamywanych. Zaczęło mnie to coraz bardziej wciągać, pasjonować. „Owoc zakazany zaczął coraz bardziej smakować”.

W 1964r. rozpocząłem naukę w LO w Jaśle i zamieszkałem w internacie. Tam też spotkałem kolegów i koleżanki z różnych środowisk, o różnym poziomie zarówno wychowania i tradycji, jakie wynieśli z domu oraz z rodzin, o różnej pozycji materialnej i społecznej.

Profesorów tego liceum miło wspominam, poza pewnymi wyjątkami. Generalnie byli to ludzie o wysokim poziomie wiedzy i z dużymi zdolnościami pedagogicznymi. Wspominam tutaj wielce szanowanego przez nas belfra, typowego profesora w binoklach Pana profesora Zielińskiego. Był to znakomity polonista, który potrafił nawiązać z uczniami kontakt i wzbudzał zamiłowanie do języka polskiego. Gdy ktoś rozmawiał na lekcji, kładł na biuro czterema literami do góry, a koledzy z ochotą wymierzali sprawiedliwość (nie wolno było używać zbyt dużo siły, bo role mogły się odwrócić). Było przy tym wiele rozbawienia i stanowiło znakomity „przerywnik” w czasie lekcji. Pamiętam taki moment, że gdy przyszedł raz na lekcję usiadł na leżącą do góry pineskę. Wszyscy w klasie zamarli nie ze strachu, ale przez klasę poszło uczucie wstydu i obawy, czy przypadkiem nie pomyśli, że mógł zrobić to ktoś z nas celowo, a my go przecież szanowaliśmy i byłoby głupio, gdyby tak pomyślał. On spojrzał przeciągle po klasie, zajrzał pod biurko i spokojnie powiedział. Wypadła z obicia biurka od spodu. Tak rzeczywiście było. Wspominam profesora od łaciny pana prof. M. Miał znany wszystkim pseudonim i mówiąc o nim wszyscy używali tylko pseudonimu. Nie wiem, czy wiedział o tym, ale cieszył się ogromnym szacunkiem, za to iż był poczciwym człowiekiem, takim, co to nikomu krzywdy nie uczynił. Prof. K. od fizyki miał szczególny mir wśród chłopaków, z uwagi na rodzaj przedmiotu. Zawsze sam uważał, że fizykiem to może być mężczyzna, a kobieta to, „e tam”. Było powszechnie wiadomo, że jeżeli On kogoś ocenił na „3” to już mógł iść na każde studia, nie mówiąc o wyższej ocenie. Jednym słowem potrafił nauczyć i zachęcić do przedmiotu. W obejściu z uczniami zachowywał raczej postawę „kumpla”, jednym słowem wspaniały pedagog.

Pierwszy przykry incydent jaki miałem, pamiętam zdarzył się 1 – go maja. Zbiórka przed szkołą i przygotowanie do teatralnego pochodu oraz wszyscy wysłuchują przez radio "Ojca narodu" tow. Wiesława Gomółki. Młodzi aktywiści rozdawali, a raczej wmuszali szturmówki do niesienia. Mnie wcisnął ktoś ze starszej klasy. Czasu do wymarszu było jeszcze sporo i jacyś koledzy wstawili swoje szturmówki do kosza, który stał obok ławki pod szkołą. Ja też „swoją” tam ulokowałem. Za jakąś chwilę przyszedł prof. M. ale nie ten od łaciny tylko wysoki, który uczył w innej klasie. Kto tutaj wstawił te szturmówki! wrzeszczał na całe gardło. Ja milczałem, ale ktoś ze szkoły wskazał na mnie. Za „karę” poniesie kto inny, a ty zgłosisz się później, do pokoju nauczycielskiego po pochodzie. Obniżył mi zachowanie za anty obywatelską postawę i gorszące zachowanie. Ponieważ przekonało mnie to, że za bardzo to nie boli, co roku przychodziłem pod szkołę 1-go maja jak sprawdzali obecność, a później z paroma kolegami uciekaliśmy spod szkoły. Nigdy więcej nie uczestniczyłem w tych pochodach, ale „aktywni” donosili i co roku stopień z zachowania w dół.

Te i inne zdarzenia ujawniały tych kolegów, którzy nie poddawali się oficjalnej propagandzie i w ten sposób jednoczyły nas wspólne zapatrywania, a także różne wyskoki.

Jednego razu nieżyjący już kolega w czasie przerwy, wszedł na biurko ze szklanką wody w ręce, zaczął wygłaszać przemówienie,  naśladując Gomółkę, mówił przewlekle „każda fura gnoju, wywieziona na pole, to poważny cios w plecy zachodniego imperializmu. Przy pomocy takiego sojuszu jakim jest ZSRR wydajność z 1 ha  przeszłą na 2 ha. A teraz wypijmy tę socjalistyczną wódkę w tragicznym marszu do komunizmu i nieprawdą jest jakoby moje przemówienia odtwarzane były z płyty, z płyty, z płyty ...."  Za jego plecami w drzwiach nagle stanął jeden z profesorów. Byliśmy pewni, że będzie problem i wypadłem z klasy za nim aby jakoś sprawę załagodzić. Ale gdy zobaczyłem w jego oczach łzy od śmiechu, wróciłem z powrotem.

Internat składał się z dwóch budynków stojących w niewielkiej odległości od siebie, ale otoczony wspólnym ogrodzeniem. W dużym budynku mieszkały dziewczyny oraz tam znajdowała się stołówka, świetlica z telewizorem służąca także do nauki oraz z drugim pokojem do nauki, w którym uczyli się chłopaki. Dyżury w internacie mieli profesorowie ze szkoły i w czasie dyżurów nocowali. Telewizor „obsługiwał” wyznaczony do tego kolega, aby przez nieumiejętne włączenie nie uszkodził go ktoś inny. Jeżeli filmy dozwolone były od lat 16, mogli oglądać tylko ci, którzy mieli swoje lata, uczniowie z 10 i 11 klasy, a reszta musiała opuścić świetlicę. Gdy dyżurował prof. M. od łaciny nie patrzył na to od ilu lat jest film dozwolony, tylko śledził, czy nie będzie scen, w których się całują. Gdy tylko taka scena się pojawiła, krzyczał od razu do kolegi obsługującego „Juryś zgaś to pudło”. Z tego powodu, gdy był jakiś ciekawy film, to modliliśmy się w duchu, żeby nie zaczęli się całować.

Serial „Święty” cieszył się wtedy dużą popularnością. Jednego razu, gdy miał być kolejny odcinek profesor młodszym kolegom kazał opuścić świetlicę. Uznaliśmy to za niesprawiedliwe, tym bardziej, że koledzy starsi zaczęli się z nas naśmiewać. Zemsta była konieczna, jak my nie, to i wy, nie. Poszliśmy z kolegą do małej sali na dole i tam wcisnąłem drut do gniazdka, powodując zwarcie korków. Nie pomogła ich naprawa, bo zwarcie cały czas tkwiło w gniazdku. Zwołali nas na drugi dzień do pokoju nauki, gdzie był wetknięty ten drut i prof. pokazując go mówi: zobaczcie, ktoś włożył ten drut do gniazdka, żeby spowodować zwarcie, niech się sam przyzna. Wtedy szybko z oburzeniem w głosie rzekłem „to chyba jakiś kretyn, przecież mogło go zabić”. Siedzący na przeciwko mnie kolega, który wiedział, że to moja sprawka, nie przygotowany  na taką moją relację ryknął śmiechem. Profesor do niego „z czego się  idioto śmiejesz?”, a ja poszedłem Prof. z pomocą, widząc, że ten zaśmiewa się jeszcze bardziej, krzycząc na niego „ no z czego się durniu śmiejesz”. Kolega ze łzami wypadł z pokoju. Jakimś "cudem" dotarło to później do prof. i od tej pory jak ktoś, coś nabroił, byłem pierwszym podejrzanym w jego oczach.

Chcę donieść, że koledzy niektórzy byli niegrzeczni i w nocy próbowali dostać się do dziewczyn. Jednego razu ze snu zbudził mnie ogromny łomot. Po chwili wpada trzech kolegów. Okazało się, że jeden z nich chciał po rynnie wejść do pokoju na drugim piętrze (stare budownictwo). Gdy był na wysokości okna i przechylił się, aby chwycić za parapet,  rynna oderwała się od ściany i spadł razem z nią na chodnik. Na szczęście nic mu się nie stało, tylko przez jakiś czas nie mógł normalnie siedzieć.

Prof. z j. polskiego zarządził powtórkę z całego romantyzmu i pozytywizmu wyznaczył termin, na dzień, w którym mieliśmy trzy godziny  polskiego pod rząd. Zapewnił, że przepyta wszystkich z I-go półrocza. Ponieważ był to niekorzystny okres do nauki, z uwagi na różnego rodzaju rozgrywki między klasowe w kosza, ręczną, siatkówce, nie było czasu na powtórkę, a termin zbliżał się nieubłaganie. Była zima. Postanowiłem, że w tym dniu postaram się o jakieś zwolnienie lekarskie i dopiero wtedy zacznę powtórkę. Aby dostać się do przychodni, trzeba było wziąć skierowanie od szkolnej higienistki, która przychodziła na godzinę 9.00. W dniu, w którym miało być odpytywanie poszedłem do szkoły już po dzwonku na lekcję, aby nie spotkać się z profesorem. W holu szkoły stała tablica, na której były wypisane wyniki z różnych rozgrywek między klasowych. Przy tablicy stał już kolega z innej klasy, który w tym dniu miał na godzinę 9.00. Przyłączyłem się do niego, a był ode mnie wyższy i także zaczynał studiować wyniki. On stał wyprostowany i czytał coś na górze tablicy,  a mnie interesowały wyniki umieszczone na dole tablicy  musiałem się  pochylić, aby je odczytać. W tym momencie za moimi plecami rozległ się głos prof.od polskiego, „a co wy tu robicie?”. Los zrządził, że przyszedł nieco później do szkoły, zwyczajny pech. Niewiele myśląc odwróciłem się do niego, nie zmieniając pozycji pochylonej, zacząłem budować zdania trzymając rękę na plecach i unosząc głowę ku górze, „Panie profesorze ... pośliznąłem się i upadłem na schodach, boli mnie w krzyżu i czekam na higienistkę”. Co ci się dzieje, pyta: „boli mnie głowa, mam nudności i nie mogę się wyprostować”, potęgowałem objawy w pośpiechu. W tym momencie usłyszałem za sobą potworny ryk kolegi i poczułem jak opluł mi kark, a następnie zerwał się i pędem biegł korytarzem, a za nim oddalało się echo jego rechotu.

Poprzysiągłem mu w duchu pomstę. Na szczęście prof. zaabsorbowany moimi dolegliwościami nie zwrócił na to uwagi. Zaczął natomiast awanturę, dlaczego nie ma higienistki od godz. 8.00. Ściągnięto biedaczkę na godz. 8.30 , niedokładnie uczesaną i przestraszoną. Wypisała mi skierowanie do przychodni na ul. Mickiewicza. Wchodzę na poczekalnię, a tam tłum. Oczywiście miałem w obstawie kolegę, którego odprawiłem zaraz na chodniku, aby poszedł w swoją stronę. Zarezerwowałem kolejkę z zamiarem wyjścia na jakąś godzinę. W tym momencie wyszła pielęgniarka z gabinetu lekarskiego i pyta, czy jest tu uczeń L.O. Jędrzejowski, tak odparłem. Wejdź. W tym momencie poczułem się naprawdę ważną osobą.  Co ci dolega, pyta lekarz. Boli mnie gardło panie doktorze i mam gorączkę, także kaszlę. To wszystko? Tak. Ile ci dać zwolnienia? Tydzień wystarczy? Nie, tylko trzy dni (przecież są rozgrywki w kosza – myślę). Po trzech dniach przyszedłem do szkoły. Prof.  pyta: „no jak się czujesz”? Już dobrze panie profesorze. Choć tutaj do mnie. Swoim zwyczajem rozciągnął mnie na biurku, czterema literami do góry i pyta, kto ma ochotę wyprostować mu grzbiet, masując miejsce, gdzie kończą się plecy. Niestety zgłosili się wszyscy, a dwie przezorne koleżanki, ażeby ich ręce nie bolały używały paletek do ping ponga.

W tym czasie do Liceum doszedł nowy kolega Marek G., o tej personie będę wspominał jeszcze parę razy w późniejszym czasie.

Przyjechał z Warszawy i było to jego 4 liceum w Polsce. Jego ojciec był wówczas v-ce ministrem SB. Z poprzednich szkół musiał odchodzić, ponieważ pił wódkę, oficjalnie palił,  bił nauczycielki po twarzy oraz molestował koleżanki.

Był rok 1966. 1000-lecie chrztu Państwa Polskiego. Religii uczył nas ks. wikary z kościoła Farnego, ks. Trygar. W kościele przygotowywana była uroczystość patriotyczna, w czasie której mieliśmy śpiewać pieśni patriotyczno – religijne, a ponadto mój kolega starszy o rok z mojej miejscowości, Ireneusz W. oraz ja mieliśmy deklamować wiersze. Nieco wcześniej nastąpiła zmiana dyrektora ponieważ poprzedni zmarł i jego miejsce zajął prof. Z., który był wcześniej sekretarzem PZPR w mieście. W dniu, w którym mieliśmy udać się do kościoła na uroczystości na godz. 16.00, zwołał nas po obiedzie na świetlicę i oświadczył: „kto pójdzie dziś do kościoła wyleci ze szkoły i z internatu”. Zapanowała cisza. Dziewczyny zostały na świetlicy, a my udaliśmy się do budynku dla chłopaków. Usiedliśmy z kolegą Ireneuszem W. na schodach i prowadziliśmy naradę, co robić? Przecież mamy w kościele wypowiadać kwestię, a nas nie będzie. Cała uroczystość zawali się. Po dłuższym rozmyślaniu ustaliliśmy, że idziemy do kościoła, a najwyżej to skończymy liceum systemem wieczorowym (nie zdawaliśmy sobie sprawy, ze na pewno by nam na to nie pozwolili). Postanowiłem jednak wcześniej pójść na świetlicę, aby zobaczyć jaka jest atmosfera. Wtedy zauważyłem, że dyrektor stoi w bramie i pilnuje, aby nikt nie wyszedł. Na świetlicy koleżanki siedziały przy stołach i uczyły się. Zacząłem przechodzić między stołami i w pewnym momencie jedna z koleżanek pyta szeptem: „i co? Idziecie do kościoła?” No pewnie, odpowiadam, a wy nie? "My byśmy też poszły". To przygotujcie się, ja zaraz po was wrócę i pójdziemy wszyscy razem. Wbiegam do naszego (chłopaków) budynku i wołam, dziewczyny  idą do kościoła, a wy tchórzycie? Jak one idą, to my też idziemy. To czekajcie, bo ja idę po nie i jak wyjdziemy, to dołączycie do nas. Prosiłem aby przechodząc koło dyrektora nie patrzyły na niego. Było odwrotnie, a On stał bez słów blado – żółto – zielony.

Gdy wróciliśmy z kościoła była już powołana komisja, która zaczęła po kolei wszystkich przesłuchiwać, kto był „prowodyrem”. Marek G. z Warszawy w czasie, gdy wychodziliśmy do kościoła nie był obecny w internacie, bo pił w knajpie. Podszedł do mnie i pyta: „słuchaj, nie wiesz kto sprowokował, żeby wszyscy poszli?” Nie wiem, odpowiedziałem.

Szybko powiadomiłem Ireneusza W. o tym fakcie i już wiedzieliśmy, kto węszy. Nie wiem, jak to się stało, że nikt nie doniósł, wszyscy tłumaczyli „poszedłem, bo wszyscy szli”.

W tej szkole przed maturą ukończyłem 18 lat i tak zakończył się okres przysięgi z I Komunii św., że do 18 lat nie będę palił i pił.

Jednego dnia, pierwszy raz w życiu wypaliłem 3 papierosy i na drugi dzień na lekcji musiałem głowę podtrzymywać rękami, bo mięśnie karku nie dały sobie rady z ciężarem. Wódkę też wypiłem w łazience, którą przyniósł kolega, ćwiartka pomarańczówki. Odkręcił i podając butelkę, mówi: masz, pij, a sam odwrócił się do lustra.

Przystawiłem i żłopię jak oranżadę, gdy już opróżniłem gdzieś do połowy, akurat się odwrócił i wyrwał mi butelkę krzycząc, idioto, tak się nie pije. Ja natomiast stałem bez oddechu z wybałuszonymi oczami i nie mogłem złapać powietrza. On natomiast bił mnie po plecach i polewał wodą. Po jakimś czasie objawy ustąpiły. Pomarańczówka zaraz potem okazała się niesmaczna.

Po ukończeniu liceum ubiegałem się na A.M. w Krakowie. Przez dwa lata niestety moje starania były nieskuteczne. W tym czasie pracowałem w stolarni, a także przez pewien czas jako salowy w szpitalu. Za to można było dostać dodatkowe punkty przy ubieganiu się na studia.

  Free joomla layouts

Licznik odwiedzin

Darmowy licznik odwiedzin